2004 EUROPA 15000km (16 VI - 18 VII)

To nasza pierwsza tak długa wspólna wyprawa, przeznaczyliśmy na nią 6 tygodni, a celem jest DROGA. Wiedzieliśmy że ma być ciepło, mają być góry i morze, o przygody i wygody się nie martwiliśmy :) Do dyspozycji mamy hondę civic, o tyle popularną co mało pojemną. I tu pierwsze logistyczne zadanie przed nami: jak spakować wszystkie "niezbędne" rzeczy. Oczywiście tniemy koszty wyjazdu jak tylko się da, a zatem zabieramy jak najwięcej jedzenia i artykułów z Polski. Oprócz podstawowych artykułów spożywczych Wojtka czyli pepsi i snickersów :) posiadamy również własnoręcznie zawekowane słoiczki z mięskiem.

Pierwszy postój oczywiście na knedlikach i piwku. Bratysławę zwiedzamy raczej pobieżnie, krótka chwila przy Hradzie, z widokiem na fale mętnego Dunaju i nieco przygnębiającą Petrzalkę. W oddali widzimy interesujące wzgórze i oczywiście musimy się tam udać. Okazuje się że to cmentarz wojenny. My widzimy Bratysławę jako miasto, niesamowicie okaleczone, przecinającą jego centrum trasą szybkiego ruchu, którą wszyscy pędzą do niewiele oddalonego Wiednia.

Spragnieni odpoczynku i błogiego taplania się w wodzie ruszamy w stronę najbardziej popularnego zbiornika wodnego na Węgrzech - Balatonu. Po nocy spędzonej na polu kukurydzy w towarzystwie wszędobylskich much końskich, ruszamy do Szigliget - jednego z zamków bastionów Węgier. Mijamy ruiny i urokliwe miasteczko, gnani gorącymi promieniami słońca, by jak najszybciej dotrzeć nad sławny Balaton. I tu czeka nas kolejne zderzenie mitów z rzeczywistością - przesławny Balaton okazuje się być mętną zupą, z plażami o zabarwieniu szarego mydła, otoczoną budynkami z czasów socrealizmu. Nic nas jednak nie zraża - układamy swoje wyblakłe nieco ciałka, do tych leżących obok, szukając miejsca pozbawionego psich odchodów i innych znamion cywilizacji. Szykujemy się na wielki podbój Morza śródziemnego, napychając brzuszki langoszami z czosnkiem i serem.

I kolejna miejscówka, tym razem już po stronie Chorwackiej, wybierana w środku nocy okazała się bardzo gościnna. Na poranne śniadanko obudził nas odgłos przemykającego w pobliżu pociągu. Krajina, stanowiąca epicentrum wojny jugosłowiańsko - chorwackiej wita nas tablicami ostrzegającymi o niewy

buchach, ruinami domów, wrakami samochodów i łuskami po nabojach. A to wszystko w otoczeniu cudownej zieleni Plitvickiego Parku Narodowego. Tutaj zieleń jest zielona a turkus turkusowy. I nawet tłumy turystów wszelkich narodowości nie są w stanie zadeptać żwirowych ścieżek, drewnianych mostków, ani popsuć widoku tawertynowych grobli, czy tworzących się na połączonych kaskadowo jeziorach wodospadów. A gdy zmęczyły się nam trochę nóżki to wskoczyliśmy na mikro stateczek płynące po jednym z większych jezior, a na zupełnie wyczerpanych czeka kolejka elektryczna, dowożąca do jednego z 4 wyjść. Szkoda tylko że nie ma wyznaczonych miejsc do kąpieli, bo w całodziennych skwarze przydałyby się. My po cichutku moczyliśmy nóżki, siedząc na drewnianych kładkach i pozując do zdjęć. Opuszczamy Plitvice, ruszając dalej na południe, po równiutkich autostradach. Od pewnego momentu towarzyszy nam widok pasma Velebit oraz Morze Śródziemne, w którym nikt nie zabroni nam się taplać.Zmęczeni dniem pełnym wrażeń, szukamy jakiegoś ustronnego miejsca na spoczynek. Niestety jesteśmy tuż nad samym morzem i zdecydowanie brak tu zalesionych cichych miejsc, gdzie można w spokoju spędzić noc. Nareszcie znajdujemy nocleg na wysypanym kamieniami wypłaszczeniu z cudownym widokiem na oświetlony Tribanji oraz wyspę Pag. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wielki słup transmisyjny nad nami oraz jakiś niezidentyfikowany, drażniący w nozdrza zapach panujący wokół. Jesteśmy jednak zbyt zmęczeni by szukać dalej, postanawiamy zostać. Nim zdążyliśmy zasiąść do posiłku na naszym oddalonym wypłaszczeniu pojawiają się rowerzyści, równie zaskoczeni spotkaniem co i my. Porozmawialiśmy chwilkę, jak się okazało Pani była Polką z pochodzenia, która wyszła za Chorwata i właśnie,uciekając od tłumów, urządzili sobie wycieczkę rowerową. Początkowo byli zdziwieni doborem miejsca noclegowego, jednak usatysfakcjonowały ich wyjaśnienia biednych studentów. Podczas posiłku odkryliśmy że zapach intensyfikuje się wraz z wiatrem wiejącym do morza, zatem źródło powinno być gdzieś niedaleko. Niestety było już na tyle ciemno że niczego nie udało nam się odkryć. Kolejna (trzecia z rzędu) noc w samochodzie należała do najmniej ciekawych. Zapach drażniący wieczorem, w nocy przerodził się w smród, który nie pozwalał otworzyć okien w samochodzie. Wraz ze wzrostem temperatury wewnątrz auta, które tymczasowo stało się naszą sypialnią, nasze optymistyczne nastawienie do świata i siebie nawzajem zdecydowanie przechodziło w stronę wrogości. Dodatkowo wyobraźnia podpowiadała, iż brak jakiejkolwiek osłony drzewnej pozwala wszystkim okolicznym zbirom widzieć nas jak na dłoni. Tym bardziej że wbrew przewidywaniom, w nocy okolica okazała się tłumnie odwiedzana. Przy pierwszych 2 samochodach byliśmy jednak spokojni, lecz następnemu już nie darowaliśmy. Nie przestraszył nas panujący smród, schowani za wielkimi kamorami postanowiliśmy go śledzić. Samochody dojeżdżały do pewnego momentu drogi, położonego około 400m powyżej nas, zatrzymywały się na chwilę, potem było słychać otwieranie drzwi i bagażników oraz jakieś dziwne dźwięki, a po chwili auta odjeżdżały. I tak przez pół nocy. Rankiem ( a na południu słońce wstaje wcześnie) wstaliśmy zmordowani, niewyspani i źli. Przy porannych promieniach słoneczka udało nam się rozwiązać nękającą nas zagadkę. Otóż nocowaliśmy tuż obok nielegalnego wysypiska śmieci. Jak widać był to najszybszy sposób na pozbycie się ton śmieci, jakie pozostawiają po sobie rzesze turystów. Odpuściliśmy całkowicie śniadanie w tym niegościnnym miejscu i ruszyliśmy w stronę wsi Marasoviczi, gdzie znajduje się

wejście do Parku Narodowego Paklenica. Plusem porannego wstania były wolne miejsca na parkingu tuż przy samych skałach a nie bramie wejściowej. Oczywiście nie byliśmy pierwsi, zanim wypakowaliśmy sprzęt turystyczny, zabraliśmy artykuły spożywcze i stosownie do wypadu na górskie szczyty się odzialiśmy, już masa wspinaczy wisiała na ścianach. Większość interesujących ścian ma wystawę północną i północno - zachodnią co sprawia że żar lejący się z nieba uniemożliwia wspinaczkę w słońcu. Dlatego też wszyscy starają się rozpoczynać ją jak najwcześniej i w miarę wcześnie ją kończyć. Tym razem naszym celem nie była wspinaczka skałkowa, nie chcieliśmy również zwiedzać podziemnego kompleksu wybudowanego dla Josipa Broz Tito, chcieliśmy popatrzeć na Morze Śródziemne z najwyższego szczytu Velebitu - Vaganskego Vrchu. Mijane jednak po drodze trasy wspinaczkowa oraz niezliczona ilość na nich Polaków utrudniały poruszanie się wzdłuż wytyczonej trasy. Dla ciekawych ściana z drzwiami to Popaj, (trasy 20m, większość to 6a,a+,b) a 350 metrowa, północna ściana Anicy Kuk jest główną atrakcją Paklenicy. My ruszamy dalej kanionem Wielka Paklenica, który nie wywiera na nas olbrzymiego wrażenia, idzie się przyjemnie, po równo wysypanej żwirem ścieżce, taki przyjemny spacerek w mocno podwyższonej temperaturze. Wydaje nam się że mamy mnóstwo czasu (a może to wina poprzedniej nocy), ale dzięki temu wąwóz został uwieczniony bardzo dokładnie. Gdy osiągamy schronisko Paklenica - słońce stoi już wysoko na niebie. Na mapce przed schroniskiem widzimy przyciągającą nazwę Vaganski vrh 1758m.n.p.m ale wiemy że startujemy dziś niemalże z poziomu morza i może nam nie starczyć czasu na wejście na szczyt i powrót przed nocą do samochodu. Postanawiamy dojść do jeziorka o nazwie Babino, tam odpocząć i zadecydować co dalej. Wychodząc nieco ponad schronisko, nareszcie czujemy się jak w prawdziwych górach. Ścieżka stała się zdecydowanie bardziej wąska, teraz idziemy jedno za drugim, wypatrując umieszczonych zdecydowanie zbyt rzadko śmiesznych czerwonych kropek oznaczających szlak. Wyszliśmy ponad poziom drzew, słońce przypieka niemiłosiernie, idziemy w samo południe,a górskie potoki się skończyły, dobrze że mamy w plecaku polskie pomidorki. W pewnym momencie gubimy ledwo widoczny szlak i idziemy "na czuja" czy jak kto woli "na azymut". Przedzieramy się przez pojawiające się znowu krzaki i drzewa, aż dochodzimy do wielkiego gołoborza z olbrzymimi głazami, na których znowu widoczny jest szlak. Uspokojeni wypatrujemy naszego upragnionego "babskiego jeziorka", mając nadzieję, że pojawi się za następnym zdobytym szczytem. Myśleliśmy że w lesie jest gorąco,ale słońce odbijające się od głazów na rumowisku skalnym praży niemiłosiernie. Wolimy jednakże chronić przed przegrzaniem głowy niż plecy, na których testujemy nasze filtry do opalania. Krajobrazy śliczne, jasne ściany na tle błękitnego nieba nadal nas zachwycają, choć coraz częściej rozglądamy się gdzie to jezero? Nareszcie, już wydaje nam się że za tymi głazami widać jakiś płaskowyż, na którym na pewno musi być jezioro. Dochodzimy i .... rzeczywiście płaskowyż poprzecinany kamieniami narzutowymi, piękna trawa, pełno wielkich końskich much, wokół szczyty,ale jeziora nie widać. Padliśmy pełni niechęci. Gdyby nie te upierdliwe muchy pewnie byśmy tam zostali, ale rozglądając się wokół dojrzeliśmy że szlak prowadzi dalej - no cóż wykrzesaliśmy resztki sił i ruszyliśmy. i warto było - upragnione jezioro okazało się błotnistym bajorkiem będącym wodopojem wszystkich okolicznych owadów. Nic nas nie zrażało, patykami odsunęliśmy napływające glony, rzęsę i inną roślinność i zanurzyliśmy się (no to może za dużo powiedziane). Taplając się w błotku miałam wrażenie że chłonę wilgoć wszystkimi porami skóry. Czuliśmy się jak nowo narodzeni, pełni nowych sił, ruszyliśmy dalej pod górę, zdobywając grań. Stąd widoki niesamowite - polecamy wszystkim, naprawdę warto!!! Sama grań bardzo przyjemna podobna nieco do naszych Tatr zachodnich i w dodatku na tej wysokości już i upał tak nie doskwierał. Ale dopiero zejście dało nam w kość, odczuwałam tak wielki brak wody, organizm postawił veto - pierwszy raz każdy krok wymagał tyle wysiłku. Natrysk w schronisku Paklenica był prawdziwym wybawieniem. Gdy tam dotarliśmy już zmierzchało, a tu jeszcze trzeba 3,5 godziny liczyć na drogę powrotną. Po dotarciu na parking byliśmy tak zmordowani że po leciutkiej kolacji usnęliśmy natychmiast. A rano zdążyliśmy wyjechać z Parku zanim jeszcze otworzono kasy. Pierwszy postój w Zadarze, w którym skupiamy się na obejrzeniu dawnego rzymskiego forum, wokół którego skupiły się najsłynniejsze zabytki miasta, m.inn. półokrągły kościół św. Donata. Tu zaliczamy pierwszy na wyjeździe odpoczynek pod palmą i ślizgamy się na wyświeconych przez turystów kamiennych uliczkach. Ruszamy trasą wzdłuż Adriatyku, powoli przyzwyczajając oczy do towarzyszącego błękitu, turkusu, bieli żaglówek i roześmianych ludzi. Na kolejny przystanek zatrzymujemy się w Trogirze, którego Stare Miasto całkowicie nas urzekło. Mimo położenia przy głównej trasie, panuje tu zdecydowanie mniejszy ruch turystyczny. Miasteczko choć niewielkie, pełne jest ciekawych budowli, uroczych zakątków, zacisznych kafejek, nam najbardziej podobała się promenada portowa z olbrzymimi palmami. Split omijamy szerokim łukiem. Zbyt mocno przypomina nam łódzkie fabryki. Pędzimy dalej, by zdążyć na prom na Korculę. Doda

m, że dzięki mojej nawigacji udaje nam się prawie spalić sprzęgło i mocno nadwyrężyć hamulce gnając "na łeb na szyję" na nieistniejący prom. jeszcze chwila nerwów tuż przed odbiciem promu i już wiemy że przyjdzie nam czekać na kolejny, bo na ten już się nie zmieścimy. Nareszcie czas na odpoczynek. Dobijamy tu do znajomych, usytuowanych na polu campingowym. Rozbijamy namiot i już wiemy że to nie o taki odpoczynek nam chodzi. Mimo wielkiego materaca i łatwego dojścia do toreb ze wszystkimi niezbędnymi rzeczami oraz nielimitowanym dostępem do bieżącej wody, czujemy się zaszczuci w naszym namiocie. Zdecydowanie wolimy spanie w niewygodnej pozie w aucie ale za to w miejscu przez siebie wybranym. No cóż na wyspie nie mamy takiej możliwości. Przebywamy jak najwięcej poza polem pływając, nurkując, próbując windsurfingu. Za dnia korzystamy bardzo aktywnie z dobrodziejstw słońca i kamiennej plaży, a nocą stoimy w korkach dojazdowych do i z malowniczej Korculi, bądź staramy się znaleźć jakiś zaciszny kącik w przepełnionym turystami Starym Mieście, w którym ulice przecinają się, tworząc "rybią ość".Opuszczamy wyspę i kierując się nadal na południe, mijamy "europejski mur chiński" otaczający Mali i Veliki Ston. Nie możemy się oprzeć i mimo upału idziemy wzdłuż murów, szukając na nie wejścia. A stamtąd rozpościera się widok na największą w Chorwacji hodowlę ostryg. Nadal zadziwia nas widok rosnących w przydomowych ogródkach granatów, pomarańczy, fig, oliwek, czy dorodnych juk i bugenwilii zdobiących odrzwia.W okolicach Dubrownika znowu natrafiamy na liczne ślady zniszczeń wojennych. Tutaj dociera już zdecydowanie mniej turystów a większość środków przekazywanych jest na odbudowę Dubrownika, więc zmiany w okolicach zachodzą zdecydowanie wolniej. To miasto ma swój niesamowity klimat, czuje się w nim siłę i dumę całego narodu chorwackiego. Podczas wojny jugosłowiańsko - chorwackiej uległo zniszczeniu blisko 70% budynków w obrębie Starego Miasta, ale niemal wszystkie uszkodzenia zostały naprawione. Warto poświęcić sporo czasu na zwiedzanie, zostawić samochód na campingu i użyć nóg, autobusów, czy wypożyczyć skuter. Każdy znajdzie coś co go urzeknie. Dla nas olbrzymią radością, po całym dniu zwiedzania zabytków, okazała się kąpiel w odkrytej przypadkiem prywatnej zatoczce, podczas której Wojtek usilnie starał się mnie przekonać do bezpiecznego skoku do wody. Stałam się przyczyną ogólnej wesołości wszystkich skaczących, gdyż oni urządzali zawody kto skoczy z wyższej półki skalnej, a dla mnie skok z progu skalnego zalewanego falą, był wyczynem. Gdy po około 20 minutach przekonywania powiodła mi się próba dostałam ogólne brawa i pomocną dłoń przy wyjściu na brzeg. Po takim wyczynie należał nam się uczciwy posiłek - polecamy świeże kalmary z chorwackim winem, poprawiają humor zdecydowanie.

Około 12 km na pd od Dubownika, w miejscowości Kupari leży olbrzymi (niegdyś luksusowy) kompleks wypoczynkowy składający się z 9 hoteli i olbrzymiego pola campingowego, z własną prześliczną piaszczystą zatoką. Podczas ataku na Dubrownik stanowił on (ze względów logistycznych oraz olbrzymich podziemi) bazę armii chorwackiej. W tym miejscu widać dopiero ogrom zniszczeń jakie dokonały się podczas niedawnej wojny. Teoretycznie teren został rozminowany,ale nadal na każdym kroku straszą informacje o niewybuchach, zmuszające do zastanowienia. Pomimo że bram wjazdowych nadal strzegą żołnierze to problemów z wejściem nie uświadczyliśmy. Dostaliśmy się tam zarówno autem od strony drogi, jak i idąc wzdłuż wybrzeża. Może dlatego że Minister Turystyki nadal szuka nowego inwestora, który byłby w stanie zrekonstruować pozostawione ruiny (całość ma około 812 000m2 o kwocie nie będę wspominać). Muszę przyznać że byliśmy tam kilka razy, zaglądaliśmy w każdą dziurę, właziliśmy do wszystkich nie zabitych deskami budynków, sami nie wiedząc czego szukamy. To miejsce strasznie nas przyciągało. Wśród ruin hoteli i uzbrojonych żołnierzy, na piaszczystej plaży (jedynej w tej okolicy) bawiły się radośnie malutkie dzieci. Do tego ta niesamowita roślinność, kiedyś stanowiąca zadbane klomby i ogrody, teraz puszczona samopas, oplatała podziurawione budynki jakby chcąc zacerować powstałe rany.

W okolicy Dubrownika spędziliśmy kilka dni,ale pora ruszać dalej, ciągnie nas do Grecji, myśleliśmy żeby dostać się tam najprościej czyli wzdłuż wybrzeża, ale Chorwatka z campingu odradzała mówiąc że w Albanii jest bardzo niebezpiecznie, i przed kilkoma dniami zabito 2 turystów, żeby lepiej na około przez Bułgarię. Ruszamy zatem do

w stronę Montenegro, malutkiego państwa, będącego jednocześnie jedną z najstarszych cywilizacji Europy. Już po przekroczeniu granicy widzimy że główny wykonywany tu zawód to policjant, widać ich na każdym skrzyżowaniu. Pomimo panującego upału stoją w pełnym uzbrojeniu i umundurowaniu. Muszą mieć jakiś bardzo dobry system informowania, bo gdy tylko zatrzymywaliśmy się na pobocznych parkingach, by uwiecznić na zdjęciach ciekawe dla nas miejsca, natychmiast podjeżdżał samochód, wysadzał policjanta i jechał dalej. A policjant stał i patrzył w siną dal, nawet nie jakoś specjalnie na nas. W końcu Czarnogóra pełnego oddzielenia się od Serbii dokonała dopiero w 2006r. Pierwsze kroki kierujemy ku Budvie - najsłynniejszemu kurortowi. Miasteczko przepełnione turystami, oczywiście z malowniczą Starówką, otoczoną murami obronnymi, z których można podziwiać turystów stłoczonych jak sardynki na głośnej plaży. Ludzi mnóstwo, ceny 2x wyższe niż w Chorwacji, ale mając tak niewielkie wybrzeże trzeba jakoś zarabiać. Stojąc na murach wiemy gdzie nas ciągnie - w góry oczywiście, wybieramy Park Narodowy Durmitor z najpiękniejszym i najgłębszym kanionem TARA. Podziwiamy jeszcze wybrzeże wspinając się mozolnie pod górę. W kolejnym miasteczku (Cetinje) czujemy się trochę jak na polskiej prowincji. Jest swojsko, biednie, zaniedbanie, życie płynie własnym rytmem. Nocujemy po drodze na jakiejś stacji benzynowej, by wczesnym rankiem wjechać w mgły otaczające góry Durmitor. Wjechaliśmy w tereny górskie, czujemy zdecydowaną różnicę zarówno w klimacie (nareszcie wykorzystamy bluzy) jak i w jakości dróg. Krajobrazy cudowne, jedziemy wzdłuż wijącej się pod nami rzeki Tara, ale skupieni jesteśmy raczej na tym co dzieje się na drodze, gdyż odrywanie się luźnych ( o różnej wielkości) odłamków skalnych jest tu częstym zjawiskiem. Przekraczamy Tarę, postanawiając obejrzeć kanion z poziomu tafli wody. ale zanim zjedziemy musimy jeszcze podjechać. Mgła zamienia się w deszcz, droga w górską ścieżkę, czujemy się jakbyśmy jechali samochodem ścieżką nad reglami. Ale o dziwo nie jesteśmy tu sami, przed nami jeszcze jedni turyści. Wjeżdżamy wyżej, jesteśmy już ponad poziomem chmur, zaczynamy dostrzegać otaczający nas krajobraz. Pierwszy raz udaje nam się osiągnąć samochodem pułap Tatr Zachodnich. Jesteśmy przy malowniczym kanione Susice, wpadającym do kanionu Tary. Aktualną (w roku 2010) atrakcją są organizowane tam teraz foto safari:). Posiłek w tak cudownej okolicy smakował niezwykle nie tylko nam, ale również towarzyszącym nam krowom, dla których byliśmy z pewnością niezapomnianą atrakcją. Nadal jesteśmy ponad poziomem chmur, ale za wszelką cenę chcemy dotknąć widzianej ponownie z góry Tary. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, zaczynamy zjeżdżać, mając nadzieję że istnieje inna droga powrotna, bo pod tą, którą jedziemy raczej nie uda nam się podjechać naszą wyładowaną hondą. Zjeżdżamy wolniutko, starając się omijać większe kamory. Dojechaliśmy do wioski z bardzo sympatycznymi młodymi ludźmi uzbrojonymi w łomy, kilofy i łopaty, którzy uświadomili nas że stąd jest tylko jedna droga (właśnie ta którą przyjechaliśmy), ale jeśli nie damy rady podjechać to wystarczy zadzwonić i nam pomogą. Dodatkowo nie udało nam się dojechać tą drogą na samo dno kanionu. Nie pozostało nic innego jak zawrócić i modlić się by honda dała radę, gdyż podjeżdżając uświadomiliśmy sobie że Polska nie ma jeszcze roamingu z Montenegro :) Udało się, dotarliśmy do trasy. Opuszczamy okolice Durmitoru i kierujemy się w stronę granicy z Kosovem. Na pożegnanie spędzamy noc w przydrożnym i bardzo przyjaznym hotelu turjak, gdzie dają olbrzymie śniadania.Zakochaliśmy się w tym kraju.Można tu znaleźć słońce, plaże, groźne pasma górskie, wartkie rzeki, wijące się w przecudownych kanionach, czy kryształowo czyste jeziora.

Pogoda nie sprzyja, po raz pierwszy pada deszcz,ale cóż nadal jesteśmy w górach. Coś nas gna dalej na południe, chcemy zobaczyć Grecję, a najkrótsza droga prowadzi przez Kosovo. Nikt tak naprawdę nic nie wiedział o tej prowincji. Zatem postanowiliśmy sprawdzić na własnej skórze. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do check pointu, gdzie odpytywał nas prawdziwy Afroamerykanin. Chyba urzekła go moja inteligencja, bo jak wsadził głowę do naszego auta to spytałam: do you speak English?. Myślę że tym Go ujęłam, bo nie pytał za wiele, sam stwierdził że skoro przyjechaliśmy z Polski to pewnie jesteśmy dziennikarzami, i wpuścił nas za bramkę. Jak widać nie mieliśmy większych trudności by się dostać do Kosova. Przejechaliśmy Mitrovicę, Pristinę, zobaczyliśmy że całe Kosovo jest wielkim placem budowy, a porządku strzegą tam siły KFOR i UN, dla których wzdłuż dróg są poustawiane specjalne znaki drogowe określające np prędkość dla czołgów. Ludzie natomiast bardzo przyjaźni. Gdy udało nam się nieco zgubić, bo niektóre drogi w pewnym momencie przestawały istnieć, mieszkańcy bardzo życzliwie wskazywali nam dalszą drogę, każąc jechać za sobą. Dopiero przy wyjeździe okazało się, że wjeżdżając nieźle zawróciliśmy Panu w głowie, bo nie kazał nam zapłacić specjalnego ubezpieczenia (drogiego niemiłosiernie). Przy wyjeździe nie wiedzieli co z nami począć, przejechaliśmy całe Kosovo bez uszczerbku, zatem głupio teraz płacić ubezpieczenie. I wypuścili nas. Teraz dopiero zaczęliśmy się nieco lękać, czytając ustawione przy drodze ostrzeżenia że opuszczamy bezpieczny teren Kosova i wjeżdżamy na własną odpowiedzialność do Serbii. Mijamy ostrzelane znaki drogowe, porzucone wraki samochodów i czujemy się trochę nieswojo. Okazuje się że i tu istnieje problemy nie tylko z jakością dróg ale i z ich oznakowaniem. Za to ludzie bardzo pomocni i przyjaźni, w przeciwieństwie do spotkanych na Granicy Bułgarów. Nie dość że najpierw trzeba było wystać na granicy co swoje, potem przejechać przez maty ze środkiem dezynfekującym (w pozostałej części Europy wygasało już przeczulenie na punkcie "szalonych krów"), to jeszcze oprócz opłat granicznych jakieś myto w wysokości 20 Euro nam kazali na granicy zapłacić. Jak spytałam za co to bardzo niemiły Pan wyśmiał mnie tylko i na cały głos krzyczał do kumpli "Ona pyta za co". Zirytowałam się całkowicie, ale o dziwo Wojciech podszedł spokojnie do tematu i powiedział cobym się już nic nie odzywała bo to najkrótsza droga do Grecji jest :) To się nie odzywałam,ale przyznam że zniechęciłam się do Bułgarii całkowicie, tak że nawet mnie do żadnych Złotych Piasków nie ciągnęło. Postanowiliśmy jedynie zahaczyć o Sofię, pięknie opisaną w przewodniku. Miała być piękna stolica, z własnym mikroklimatem, cudownie położona w śródgórskiej kotlinie, a my ujrzeliśmy jedynie zmęczone miasto, zniszczone budowlami socjalistycznymi (skąpanymi w dodatku w strugach deszczu). I jedyne co nas urzekło to ceny - zdecydowanie tańsze żarcie niż w Polsce oraz nazwę knajpy znanej na całym świecie zapisaną bukwami. Chcieliśmy koniecznie na Stare Miasto i tak krążyliśmy i krążyliśmy w kółko prosto za znakami informacyjnymi, przejeżdżając kilkakrotnie wzdłuż dziwnego wybetonowanego placu. W końcu w w/w knajpie spytaliśmy gdzie to Stare Miasto - i Pani zdziwiona odpowiedziała - jak to gdzie tutaj. Odpuściliśmy wtedy całkowicie. Stwierdziliśmy że nie ma co, nie trzymamy bułgarskiej gotówki, kupujemy lokalne winka i znikamy stąd. Nie takiego klimatu poszukiwaliśmy w tej podróży, zatem po małej pizzy zjedzonej w podziemiach, ruszyliśmy dalej. Zmęczenie i ulewny deszcz, dopadło nas na kolejnej stacji benzynowej, gdzieś po drodze do Grecji. Po nocy w aucie, obsługa stacji zażądała od nas oczywiście pieniędzy (kolejny kamyk do mojego bułgarskiego ogródka). I tak wyjechalibyśmy z Bułgarii bez żadnych miłych wrażeń, gdyby nie otaczająca nas przyroda. Pogoda się poprawiła, wyszło słoneczko i droga do Grecji okazała się widokowo fantastyczna, dla samych gór warto się tu zjawić. A i pewnie ludność tu inaczej postrzega świat i innych - górale to górale. Nie sprawdzaliśmy, śpieszno nam było nad cieplutkie morze.

Grecja powitała nas zupełnie innym podejściem do turystyki. Widać było że to ogromny plac budowy, wszyscy szykowali się do odbywających się za parę tygodni Igrzysk Olimpijskich. Na rozbudowywanym przejściu granicznym, zawieszano tablicę z unijnymi gwiazdami i informacje dla Olimpijczyków. Słoneczko grzeje, my pędzimy na południe, północ odwiedzimy później. Po drodze kolejną ciekawostką jest kopalnia marmuru. Ogrom bloków marmuru wywiera na nas olbrzymie wrażenie, w końcu Grecja obok Włoch jest jednym z największych marmurowych potentatów. Złoża tej metamorficznej skały znajdują się na tych terenach od lat, nie dziwi więc fakt iż większość starożytnych budowli i elementów dekoracyjnych, jest wykonana z tego przetworzonego wapienia. Marmur wydobywa się za pomocą narzędzi tnących, nie zaś materiałów wybuchowych. A do tego by płyta nie pękła podczas przecinania, niezbędne są olbrzymie ilości wody do ochładzania skały. Było to nasze pierwsze zderzenie z taką ilością marmuru, cała kopalnia wyglądała jak zapomniany amfiteatr dla olbrzymów. Kolejnym przystankiem staje się Kavala - jedno z większych portowych miast Grecji. W poszukiwaniu miłego campingu położonego nad samym morzem, natykamy się na olbrzymi akwedukt, wpleciony w plątaninę ulic, na których tętni codzienne życie miasta. Dla nas taki widok to ciekawostka, dla większości użytkowników drogi to chleb powszedni. I tak już będzie w całej Grecji. udało nam się. camping nie dość że nad samym brzegiem morza to jeszcze namiot rozbiliśmy pod drzewkiem, które daje choć imitację cienia. i to kolejna rzecz do której musimy przywyknąć - prysznic bierze się po złożeniu bądź rozłożeniu namiotu - przed nie ma sensu, bo za chwilę i tak cały spłyniesz potem. Pluskamy się w cieplutkim morzu, wylegujemy na piaszczystej plaży. Po kilki dniach niepogody należy nam się chwila odpoczynku i słodkiego nieróbstwa. Zostajemy tu na noc, zatem do kolacji i pysznego polskiego mięska, pozwalamy sobie na bułgarskie winko. Cały kolejny dzień spędzamy na zwiedzaniu Kavali, w której cały czas krzyżują się religie prawosławna, rzymsko-katolicka i islam. Maszerujemy do portu, potem wąskimi uliczkami Starego Miasta na punkt widokowy, a stamtąd na Akropol. Bo Akropol znajduje się nie tylko w Atenach, nazywana jest tak część miasta znajdująca się na wysokim wzgórzu, przeważnie z twierdzą i świątyniami. Łazimy po niczym nie zabezpieczonych kamiennych murach obronnych i podziwiamy uroki miasta. W Kavali urodził się Muhammad Ali (Mehmet Ali), założyciel Dynastii Egipskiej, naszym celem jest odnalezienie domu, w którym przyszedł na świat i dorastał, a który istnieje do dziś. Spacer nieco nas zmęczył, zatem po krótkiej kąpieli morskiej, pakujemy się do auta i ruszamy dalej - na trójpalczasty półwysep Halkidiki, a dokładnie na jeden z jego paluchów Akti. Znajduje się tam na półwyspie Atos - posiadające autonomię państwa greckiego państewko klasztorne, będące duchowym centrum prawosławia. Jest ono zamknięte dla zwiedzających, co naturalnie pobudza naszą ciekawość. Przybywamy do Ouranopolis - miasteczka graniczącego z murami Atosu. Staramy się dojść kamienistą plażą jak najbliżej zamkniętego obszaru. Niestety tajemnica jest strzeżona bardzo ściśle. W poprzek plaży postawiony mur, za którym stoi budynek mnicha - stróża. Z naszego chytrego planu przedostania się do enklawy jak widać nici, za to skały w okolicy cudownie nadają się na buldering. Dowiedzieliśmy się że ja jako kobieta i tak nie miałabym szansy się tam dostać, a Wojtek mógłby starać się w o dzienną przepustkę, którą dostają 2 Polacy w roku. Na teren nie mogą wchodzić nie tylko kobiety i dzieci ale podobno też zwierzęta płci żeńskiej. Grecy jako naród obrotny i na tym umieją zarobić. Organizowane są specjalne wycieczki statkami dookoła półwyspu, gdzie przewodnik opowiada o poszczególnych widocznych w oddali klasztorach ( nie można zbliżać się do brzegu bliżej niż na 100m). Po zejściu z plaży postanawiamy ruszyć szlakiem turystycznym. Widoki z niego raz na jedną, raz na drugą stronę półwyspu. Pobliskie wysepki widziane w świetle zachodzącego słońca pozostają na długo w pamięci. Okazuje się że droga jest równie urokliwa co długa i dochodzimy do samochodu już przy świetle księżyca. Noc spędzamy zatem w śpiworkach na plaży, a rankiem staramy się zniknąć nim ktoś nam każe to uczynić. Wojtuś znikał tak szybko, że po drodze zagubił mojego jaśka w owieczki i do końca wyjazdu bieda. Śniadanko spożywamy gdzieś pędząc w stronę Olimpu. Będąc w Grecji musimy przywitać się z greckimi Bogami, liczymy na to że będą dla nas łaskawi i uda nam się dojrzeć morze u podnóża Mytikasu. Mijamy po drodze Saloniki, zatrzymując się tylko na chwilę by nieco się powłóczyć. Pędzimy prosto na camp Plaka, tuż u podnóża masywu Olimpu. I znowu, namiocik, kąpiel, kolacja i szybko wstać, bo następnego dnia musimy wstać tuż po 4 rano by zdążyć w jeden dzień zdobyć Olimp i powrócić na camp. Wyruszamy raniutko.........................

CIĄG DALSZY nastąpi..