Droga na Bajkal

PROJEKT X ZABAJKALE I BURJACJA  SYBERIA OFF-ROAD


Jak to się zaczęło.

Marzenia trzeba spełniać
Taka maksyma od zawsze ciągnie nas w nieznane. I właśnie takim miejscem dla nas jest i była SYBERIA. Po wielu wyprawach do bloku wschodniego naszym czarnym złem dojrzeliśmy, przynajmniej tak nam się wydawało na samotny wyjazd do Archangielska czyli początku SYBERI. Wstępne przygotowania zaczęły się dwa lata temu. Jednak wszystko się zmieniło w grudniu 2012. Okazało się że nasze marzenie nie jest tylko „nasze”.  Ludzie, których znamy od wielu lat, również pragnęło wybrać się w to legendarne, owiane tajemnicą miejsce.  Post zamieszczony w grudniu 2012 przez Marcina Franca na forum adrenalinka.pl zatytułowany Projekt_X Zabajkale i Buriacja SYBERIA OFF-ROAD uruchomił całą machinę intensywnych i wzmożonych działań. Jako grupa przyjaciół mających wspólny cel postanowiliśmy to zrobić razem. Marcin na swój garb wziął całą cześć przygotowań od strony organizacyjnej. Pracy miał na potęgę, począwszy od szeregu dokumentów jakie trzeba uzyskać na taką wyprawę, poprzez wykonanie szeregu rozmów z innymi podróżnikami, które pozwoliły na sprecyzowanie naszych planów, a skończywszy na uzyskaniu wsparcia klubu off-roadowego z czity, którego członek dołączy do nas Irkucku i będzie naszym przewodnikiem.  Dodatkowo będziemy posiadali przychylność władz Rosyjskich i to wszystko dzięki zajebiście wykonanej robocie przez Marcina. 
Po stronie innych załóg pozostało przygotowanie się do wyjazdu od strony technicznej.

14 czerwca w Leśniczówce u Maćka w Długosiodle stawiło się wszystkie sześć załóg gotowych do odbycia przygody swojego życia. W biesiadnej atmosferze, ustalaliśmy wszystkie szczegóły: kto co zabiera, plan wyjazdu, dokumenty. Wzięliśmy również udział w seansie dwóch filmów prezentujących tylko ułamek tego co nas czeka.
Data 31.07.2013 to chwila, w której 13 osób musi przemodelować swoje życie prywatne tak aby zniknąć na półtora miesiąca w otchłań. Do tego musi przygotować 6 samochodów, które przetrwają 20000 km.. Aby nie ułatwiać, każda załoga jedzie innym samochodem:

Marcin, Tomek, Zośka jadą niezniszczalnym Patrolem 4,2l 

Jarek z Kasią również Patrol ale wersja 6,5l 

Mariusz  i Ania śmigają Disco 2,5D

Janek z Synem Monterey 3,1D

Zbyszek z Ewą Toyota Hilux 2,4D

No i my  Tomek i Wojtek jedynym pojazdem z za oceanu i to w 
benzynie Ford Explorer 4.0



Dla nas dni mijały bardzo szybko, przygotowania samochodu nie miały końca. Lista prac zamiast z każdą godziną pracy się skracać wydłużała się. Przygotowania obejmowały dziesiątki prac w tym usunięcie wszystkich usterek, zabezpieczenie całego podwozia poprzez osłony, progi (prace wykonywane przez Grześka),  zorganizowania absolutnie wszystkich część zapasowych w zakresie układu napędowego,  hamulcowego, zawieszenia, osprzętu silnika i komputerów. Ostatnia rzecz  wymagała wyposażenia się w IDS Forda dzięki któremu elektronika przestała być czarną magią. Tu dzięki Rkosie za doradztwo. Przygotowanie samochodu pochłonęło setki motogodzin często z garażu wychodziliśmy nad ranem. Ilość części zapasowych przekroczyła 250kg i zajęła obszar  na dachu razem z częścią bagażową na podłodze.


Inne załogi również do ostatniej chwili walczyły o jak najlepsze przygotowanie się. 
Zaprzyjaźniona firma PHYSIO CONROL wyposażyła nas w LIVEPAK AED czyli zaawansowany  polowy system reanimacyjny. Mamy nadzieje że nie będzie potrzebny ale warto mieć, Dziękujemy. Marcin na odprawie zrobił wszystkim szkolenie z jego obsługi.

 











Dzień pierwszy 31.07.2013 - PROLOG

Łódź 21.30 wyruszamy ze sporym opóźnieniem. Po dwudniowym pakowaniu udaje nam się cały ten cygański stragan wcisnąć do samochodu Okazuje się że Wielki Czarny Jon jest z gumy, to co wydawało się nie możliwe okazało się faktem – drzwi  zamknięte, a droga przed nami otwarta. Na miejsce zbiórki docieramy o trzeciej w nocy i  choćby pora wskazywała, że wszyscy powinni już dawno sapać przed trudami kolejnego dnia, jesteśmy witani w bramie przez całkiem liczną i niewątpliwie rozanieloną delegację. Na tą ostatnią noc w kraju przed wielką tułaczką gościny udziela mam ekipa ściany wschodniej Podlasie 4x4 Romek, Kasia, Groszek i w pełni potwierdzają opinie o wielkiej gościnności. 

Po długim przywitaniu pierwsza niepokojąca informacja. Jarkowi (9mm) w drodze na punkt zborny zapalił się pasek. Uszkodzona klimatyzacja unieruchomiła pojazd. Na ratunek  przyjechał Ciacho  który zaciągną Patrola do warsztatu i przeprowadził operację na otwartym sercu wykonując „bajpas” klimy. Przy okazji naprawił Francowi lodówkę. Podziękowania dla Ciacha będą niewątpliwie sowite.  
Nasi gospodarze przyjęli nas niemal po królewsku. Oddali nam do dyspozycji, na pastwę naszych opon  i nas, nie tylko perfekcyjny trawnik, ale cały wspaniały ogród z sadzawką, gorącą banią i imprezowym wigwamem, którego szczyt wieńczyła czaszka żubra z kurem do spółki. Wigwam z ogromnym grillem nad otwartym paleniskiem został wykorzystany zgodnie ze swoim przeznaczeniem.
 Wielki stół uginał się od jadła i napitków, wszelakich, dla każdego coś dobrego: mięsiwa, sałatki potrawki. no i oczywiście trunki. Serwowane w oryginalny i niezwykły sposób, wpisując się idealnie w klimat gorącej bani, z drewnianego wiaderka za pomocą również drewnianej chochli, którą znacznie łatwiej było napełniać szklanki niż kieliszki – więc po co utrudniać sobie życie. Jakby tego wszystkiego było mało gospodarze ustawiają nam granicę. Mamy być potraktowani uprzywilejowanie, jak VIP-y. Kto choć raz był na tej granicy ten wie, że to jak wygrana w totka. Przyjemna atmosfera jaka panowała, pomimo późnej pory, nie sprzyjała udaniu się na spoczynek. Było to zapewne przyczyną, iż przysłowiowy poranek przesunął się na godzinę 10. Zostaliśmy przyjęci w Straszewie jak rodzina i to ta lubiana, gorąco dziękujemy. 

TRASA: Polska Łódź Straszewo 
ILOŚĆ PRZEJECHANYCH KILOMETRÓW: 333
CZAS JAZDY: 5h:30min
STRATY: Klimatyzacja Jarek Patrol.



Dzień 2 – Granica - BIAŁORUŚ 01.08.2013

Poranek 10 rano. Kawa, herbata każdy powraca do świata we własnym tempie. Ostatnie przygotowania samochodów do drogi, Otrzymujemy pakiety powitalno-identyfikacyjne nalepki na samochody, koszulki, bluzy. Krótka odprawa i już o 12.30 ruszamy na granicę. Zgodnie z obietnicą omijamy zacną kolejką graniczną, tak 6-8 godzin stania i wjeż bezpośrednio do pograniczników. Tu żegnamy się z naszymi gospodarzami. Po naszej stronie idzie jak spłatka, 10 minut i wjeżdżamy na stronę białoruską. Specjalne traktowanie, specjalnym traktowaniem, ale porządek w papierach musi być. I tak od pogranicznika otrzymujemy kartkę, zwaną talonem potwierdzającą, że wjeżdżamy na granicę samochodem, bo bez kartki można by tego nie zauważyć oraz meldujemy ile osób w samochodzie. Następnie odprawa, każdy dostaje po karteczce rejestracyjnej, którą musi sobie 

wypełnić i w kompletach samochodowych pójść na oględziny. Paszport, ubezpieczenie, kartka rejestracyjna – wcześniej wypełniona, dowód rejestracyjny, zielona karta  i twarz pasująca do paszportu. Jeśli to wszystko się zgadza zostajesz zapisana w komputerze i już prawie jesteś na Białorusi. Jeszcze tylko wypełniasz jedną kartkę dotyczącą 
samochodu, że jest i jak się nazywa etc, potem miły i uśmiechnięty celnik sprawdza Ci czy nie wwozisz ukrytej w bagażniku matki lub kieszonkowego pancernika aby zaatakować znienacka ich flotę. Jeśli nie odkryje takowych jedziemy dalej do kolejnego pogranicznika, któremu musimy oddać taloncik otrzymany od poprzedniego co jest namacalnym dowodem tego, że wjechaliśmy i wyjechaliśmy z granicy samochodem i to tym samym. I tak po przejechaniu jakiś 200 metrów zrobiła się 16.15 poszło pędzikiem, aż dziw bierze  że ludzie narzekają. Polecam to miejsce gdzie czas się zakrzywia.  

Ruszamy, Białoruś czeka byśmy nawinęli ją na koła. Jeszcze tylko szybki obiad i nie było by o czym wspominać gdyby nie wizyta w toalecie tego całkiem przeciętnego przydrożnego lokalu. Toż to było, jak mawiał klasyk, „późne RoKoKoko” w carskim stylu. Właściciel miał ambicję mieć coś ładnego i postawił na toaletę. To udowadnia, że piękno może nas znaleźć wszędzie, czy tego chcemy czy nie i trzeba być na to gotowym. Wystarczy wyobrazić sobie co by mogło spotkać osobę wrażliwą i podatną na doznania artystyczne w takim miejscu. Nie do pozazdroszczenia była by sytuacja zatracenia się w zachwycie zarówno dla wielbiciela piękna jak i oczekujących na „zwiedzanie”. 
Droga przez Białoruś przebiegała bez większych komplikacji czy niespodzianek. Stwórca planując  ten kraj musiał zapewne być na popołudniowej kawuni u Pani Sąsiadki i poczęstowany karpatką tak mu zasmakowała, iż zechciał to upamiętnić. Niby żadnych gór czy wyżyn, a jednak cały czas z górki i pod górkę, a zamiast kremu są jeziora. Malowniczy kraj, przyjemna droga. Weryfikujemy plany i postanawiamy, że przenocujemy na Białorusi. Marcin namierzą na mapie jeziorko niedaleko granicy. Docieramy na miejsce dobrze po drugiej w nocy. Ogarniamy sprawnie biwak, szybkie małe co nieco i znajdujemy jeszcze siły na pogawędki. Malownicza sceneria, widok niemal jak z babcinego landszaftu w sypialni, noc, jezioro, las, księżyc sprawiają, iż romantyczno-słowiański pierwiastek również zaczyna krążyć w naszych żyłach co skutkuje nocną kąpielą Zofii, a panowie, by zapewnić poczucie bezpieczeństwa niewieście (Wujcio i Franc) po męsku ryzykują zamoczenie kostek. 


TRASA: Polska Straszewo, Bobrowniki, Białoruś Mińsk 
ILOŚĆ PRZEJECHANYCH KILOMETRÓW w dniu: 399
POKONANY DYSTANS: 732
CZAS JAZDY w dniu: 15h:30min
STRATY: Żarówka Wojtek Explorer, Bezpiecznik wentylator Jarek Patrol


Dzień 3– witamy w mateczce Rosji

Przywitał nas przepiękny poranek. Pogoda wręcz wymarzona do biwakowania. Wszyscy zaczynają dzień od ożywczej kąpieli. Potem nieśpieszne śniadanie. W doskonałych nastojach ruszamy w drogę. Granica rosyjsko – białoruska za nieco ponad 100 km. Ponieważ nikt z Naszej ekipy dotychczas nie przekraczał tej granicy jesteśmy ciekawi czy przypadkiem nie utkniemy na niej na długi czas w kolejkach i formalnościach. W tym czasie Marcin otrzymuje wiadomość, iż na granicy łotewsko – rosyjskiej, którą również braliśmy pod uwagę czas oczekiwania wynosi ponad 20 godzin, Z tym większym niepokojem wyczekujemy przejścia. W końcu następuję oczekiwana chwila, zwarci i gotowi jak pionierzy na apelu pierwszo - majowym, z paszportami w ręku  wjeżdżamy. Ups, jak to, nie ma kolejki, nie ma tych miłych ludzi, którzy chcieli Cię poznać i wnikliwie sprawdzić czy oby wszystko spakowałeś na drogę. Czuję się wręcz rozczarowany. Franc posiadał informacje jakoby pomiędzy tymi krajami istniało porozumienie graniczne, coś w rodzaju strefy Schengen, ale jakoś tak trudno było w to uwierzyć. Miła niespodzianka. Można by powiedzieć, że już jesteśmy w kraju docelowym naszej wyprawy, ale przed nami jeszcze ponad 6 000 km, to tak jakby jechać na narty w Alpy tylko, że trzy razy z rzędu w tą i z powrotem, ale nart zapomnieliśmy zabrać, choć mam nadzieję, że wyrobimy się zanim mogły by się nam przydać. Jedziemy, plan jest taki abyśmy dociągnęli za Moskwę. Całkiem realny tylko dlaczego prawie wszyscy kierowcy w tym kraju chcą nas zabić. Jesteśmy Yosarianami. Kto choć raz w życiu jechał naszą krajową Jedynką od Torunia do Gdańska (oczywiście zanim powstała autostrada) i uważał że dzieją się tam dantejskie sceny do nie wie, że błądzi. Pomimo tego, iż zdarzało nam się już kilka razy odwiedzić blok wschodni i inne kraje południowej Europy czy Afryki gdzie interpretacja przepisów drogowych jest bardzo dowolna i silnie związana z temperamentem kierowcy to jednak Rosjanie nas zaskoczyli. Czym bliżej Moskwy tym wyraźniej oczami wyobraźni widziałem swój nekrolog. To co oni wyprawiają na drogach to kamikadze boski wiatr, mintaj z dżemem, nie ma przebacz i do przodu. Pod Moskwą na tak zwanym trzecim ringu wjeżdżamy w korek, i na całe szczęście nie wiemy, że to najdłuższy korek w jakim do tej pory komukolwiek z nas udało się uczestniczyć. 
Teraz już żaden korek nie będzie taki sam, nawet ten na zakopiance, choć można podejrzewać, że nasi drogowcy byli tu na szkoleniach i to co tu ujrzeli było dla nich inspiracją na wiele lat, z tym że mistrza nie doścignęli. Korki to bardzo cenne choć nie doceniane zjawisko w diagnozowaniu związków,  wszelakich typów. Bo kiedy możemy i co ważniejsze nie mamy wyboru czy wymówek aby poświęcić czas i uwagę osobie siedzącej obok. Choć to irracjonalne stojąc w korku zawsze nam się śpieszy co powoduje wzrost nerwowości jak by to mogło choć na milimetr go zmniejszyć. Teraz  już tylko wystarczy zastanowić się jak na nas działa towarzysz niedoli. Czy jest nieustającym źródłem pociechy i ukojenia nadszarpniętych nerwów, z którego łapczywie czerpiesz, czy też szarpie je zgrzebłem bezlitośnie.  Jeśli dręczą Cię pytania dotyczące kondycji twojego związku, jego przyszłości nie zwlekaj jedź w weekend do Zakopanego lub do Warszawy w dowolnej godzinie. Polecam również Moskwę. Trudno jednak uwierzyć, że w okolicach Moskwy tyle par ma kłopoty. Po godzinie przemieszczania się pokonaliśmy zawrotny dystans 2 km. oraz uniknęliśmy przynajmniej siedmiokrotnie nagłej śmierci – cud. To, że dwa wąskie pasy są w stanie udźwignąć trzy nitki to norma, ale w Rosji pobocze to pas do szybkiej jazdy dla tych co już rozwiązali swoje problemy w związkach. Pobocze nie jest jakości „Q” raczej skłaniał bym się do  oceny „ku..” co w ogóle nie przeszkadza jeździć po nim z prędkością ok 40-50 km/h osobówkami. Można, można. Co ciekawe aby włączyć się do tego alternatywnego pasa ruch trzeba bezwzględnie użyć migacza, inaczej nie ma szans, a i tak trzeba poczekać jak ktoś cię wpuści. Dzieła zniszczenia naszej psychiki dopełnia autobus, który również postanowił podgonić i przebojem włączył się do ruchu poboczowego. A wszystko to na papier z jednej strony rów z wodą z drugiej samochody, zawieszenia trzeszczą, lusterka pękają. Po kolejnych 30 minutach stało się jasne, że nie mamy szans dotrzeć na wcześniej ustalone miejsce biwaku. Załoga komandira wyszukuje nowe miejsce na nocleg, ma być ślicznie jezioro, palmy, złota plaża i dziewczyny z zimnymi drinkami. Brakowało nam basenu, ale się godzimy. Ten raj ma być za jakieś 1500 m, czy raczej dwie godziny, bo tu miarą odległości jest jak w podróżach międzygalaktycznych czas dotarcia. Po kolejnych 20 minutach pękamy, pada hasło „agoń” i za przykładem miejscowych korzystamy z pasa szybkiego ruchu. Idziemy jak przecinaki ostro i bezwzględnie nawet miejscowi schodzę nam z drogi. Jeszcze tylko mijamy nieboraka, który urwał sobie zawieszenie bo jak wspominałem nawierzchnia to nie lustro. Dziesięć minut później zjeżdżamy w las. Nie ma plaży i dziewczyn, ale odnajdujemy jednostkę wojskową. Nie chcąc drażnić sołdatów niezapowiedzianą wizytacją jednostki dokonujemy taktycznego odwrotu na z góry nie upatrzone pozycje. Dzisiaj śpimy w zagajniku. Trzecia w nocy, ułożenie się do snu zajmuje nam 3 minuty i 12 sekund, po 47 sekundach usypiamy z nadzieją, że jutro korek się rozejdzie. 


TRASA: Białoruś Magilew, Rosja Moskwa Kostieriewo
ILOŚĆ PRZEJECHANYCH KILOMETRÓW w dniu: 764
POKONANY DYSTANS: 1496
CZAS JAZDY godzin w dniu: 17h:15min
STRATY: 


Dzień 4– uf już Ufa

Chwilę po ósmej pobudka. Zanim wyszliśmy z namiotu pierwszy wóz już odjeżdżał. Nie ma wody, nie ma życia. Zagajnik też wiele utracił w świetle poranka ze swej uroczości, a komary z okolicy zwiedziały się o nas. Uciekamy na najbliższą stację by się ogarnąć i coś zjeść.  Wyjeżdżamy z lasu i co, i korek jakby ten sam. Jak się okazuje nasze nadzieje były płonne. Jakoś dojeżdżamy do najbliższej stacji z prysznicem (dusz) i jedzeniem. Prysznic w dudce z  falistego plastyku stojącego na palecie z nieregulowanym zaworem wody kosztuje 50 rubli (5 PLN). Szybki śniadanio-obiad i ruszamy. Celem na dzisiaj jest Ufa, ale walczymy przeciwko siłom nieczystym. Korek ma się w najlepsze i nabrał nawet świadomość własnego bytu, to żyje. Poznajemy kolejne stopnie wtajemniczenia w sztukę survivalu rosyjskich kierowców. Wczoraj to był zaledwie level 1, pewnie onieśmielała ich noc. Droga po jakiej stoimy, to najwłaściwsze określenie, to po dwa pasy w każdy z kierunków oddzielone podwójną ciągłą. Ruch po naszym poboczu to taka norma, że nie ma o czym nawet wspominać, ale pobocze po drugiej stronie jest nie wykorzystane, normalnie bus pas. W przeciwnym kierunku ruch jest, ale płynny. Jak to, taki kreatywny naród i nikt nie wykorzystuje takiej szansy. Ależ oczywiście, że wykorzystuje. 
Najpierw poszła awangarda, nieśmiało, pojedyncze jak pierwsze źdźbła trawy na wiosnę, potem już śmielej i w większej grupie, za przykładem. Poznaliśmy level 2. Nie długo musieliśmy czekać by poznać level 3. Kto podejmie próbę jak można jeszcze pojechać w takim układzie. Nie wiele już pozostaje możliwości, więc doczekaliśmy się gieroja, który pognał lewym pasem pod prąd manewrując pomiędzy samochodami jadącymi z naprzeciwka – tytuł kamikadze boski wiatr należy tego dnia do niego.

 W końcu po około dwóch godzinach udaje nam się wyrwać temu potworowi. Ten korek miał około 40 km. długość. Staje się jasne, że do Ufy dzisiaj nie dojedziemy. Gnamy póki nam oczy nie pękną. Około pierwszej w nocy wszyscy już mają dość, ustalamy nowe miejsce na spanie. Wyruszamy z Wojtkiem na poszukiwanie naszego jeziorka, tym razem się udaje. Jest woda i łąka czyli all inclusive. Wszystko wskazuje na to, że i dziś wszyscy padną w 3 minuty. Rozbijamy obóz i już mamy przykładać głowy do poduszek gdy Marcin stwierdza, że wjechaliśmy na Syberię i trzeba to uczcić symbolicznym kieliszeczkiem. I tak to się zaczęło. Przywitanie trwało jakieś dwie, trzy godziny i butelki. Czy ustalenie dokładnej godziny jest, aż tak tak istotne. Ważne, że u wrót Syberii stoimy w komplecie. 

TRASA: Rosja Kostieriewo, Nowgoród, Kazań, Bobrowskoje
ILOŚĆ PRZEJECHANYCH KILOMETRÓW w dniu: 764
POKONANY DYSTANS: 2260
CZAS JAZDY godzin w dniu: 16h:30min
STRATY: 

Dzień piąty – w Azję panowie, na Tatara

Jak nie trudno zgadnąć poranek był.... i tyle. Budzi mnie bladym świtem ryczące radio. Na zegarku 8, ale to czas polski tu jest już 12. Nie zmienia to faktu, że nie spotyka się to z moim entuzjazmem. Najwidoczniej udało mi się zachować jakieś szare komórki po wczorajszej imprezie, jednak to prawda, że alkohol zabija powoli i dobrze bo mnie się nie śpieszy, gdyż dochodzę do wniosku, że tylko dwie osoby mogą czynić taki rwetes Mariusz i Wojtek. Panowie ze względu na wyczerpanie drogą poszli spać jak bozia przykazała, więc powinni być teraz w świetnej formie. Mariusz dał się poznać jako miły, poważny  i zrównoważony facet, więc to raczej nie on, więc... Mści się, to rewanż, za wczoraj, my mu nie dawaliśmy spać to teraz my nie pośpimy. Dojrzewa we mnie myśl o zabójstwie, rozważam ewentualne konsekwencje, zapewne sędzia potraktuje mnie polubownie, zwłaszcza w Rosji, przecież to będzie ewidentny afekt, są duże szanse na uniewinnienie. Już miałem zamiary, sensus stricte przekłuć w czyn gdy Wojciech niemalże anielski głosem zaprasza mnie na przygotowane już śniadanie – jajecznicę z kiełbaską, ludzie JAJECZNICĘ, dzisiaj,  królestwo za jajecznicę. Swe już podjęte wcześniej plany musiałem więc przełożyć na później, pewnie jeszcze będzie okazja, przecież mamy spędzić w jednej kabinie ponad miesiąc, kto go zna ten zrozumie i w mig udzieli rozgrzeszenia. Ale dziś jest aniołem, który z szedł na ten ziemski padół by ulżyć mnie grzesznemu. Nie pozostaje mi nic innego jak zapomnieć o rozkręconym na maksa radiu, ostatecznie to moja ulubiona płyta. 

Gdybym dostał jeszcze bukiet polnych kwiatów byłbym poważnie zaniepokojony. Śniadamy, okoliczności przyrody wspaniałe. Jeziorko nam się udało, urokliwe w niespotykanej kotlinie. Niestety brzeg zniszczony przez krowy, które są tu przyprowadzane do wodopoju z pobliskiego 'ala kołchozu. Z upływem czasu budzą się pozostali. Nieśpiesznie śniadanie, kąpiele, pakowanie obozu. Komandir Franc dokonuje drobnych napraw w sprzegiełkach kół. Jarek wymienia bezpieczniki w swoim Bulgocie, jego patrol z silnikiem 6,5L wydaje bardzo ładny i charakterystyczny dźwięk – bulgocze. Wojtek w naszej Explozji wymienia przetwornice od xenonów, od początku wyprawy mieliśmy problem z gaśnięciem lewego przedniego światła, czas pokaże czy to załatwi sprawę. Ruszamy czas najechać Azję. Plan jest taki,  jedziemy do oporu, bo mam opóźnienie. Wjeżdżamy do Tatarstanu, zmienia się charakter zabudowy, drewniane domki pomalowane na pastelowe kolory, ładne, ale nie wyglądają na siedziby gdzie panuje przepych. Przy drodze babuleńki sprzedają jabłka, i inne dary ogrodu i lasu. Ania z Czerwonej Landryny (ich Land Rover jest czerwonawy) niepostrzeżenie nabywa tych pyszności i rozdaje podwieczorek całej kolni. Jabłuszka wyglądem przypominają święte jabłka z rezerwatu przyrody Waszej  Ekscelencji z Sexmisji. Nie zmienia to faktu, że psiary są pyszne, mniam. Umilamy sobie podróż zagadkami i ciekawostkami dotyczącymi regionu oraz celu naszej podróży - Bajkału. Dowiaduję się, że Tatarzy nie odwiedzają na cmentarzu swoich zmarłych. Szybko otrzymujemy pewnego rodzaju potwierdzenie tej informacji. 

Mijany cmentarz, aby przez niego przejść trzeba by było wyposażyć się w maczetę i na wszelki wypadek sztucer, ostrożności nigdy nie za wiele, tu może czaić się nosorożec, traw po cycki i wcale nie trzeba się kłaść. Robią wrażenie  ogromne pola zbóż, po horyzont, jedno pole ciągnie się kilometrami wzdłuż drogi. Nieborak, który ma je skosić nie ma po co wracać po pracy do domu bo zanim pokona dystans z miejsca gdzie skończył pracę do zaparkowanego samochodu to będzie musiał wracać. Do pracy zabiera namiot, kompas i zapas jedzenia i picia na tydzień. Rośnie tu również na polach ropa naftowa. Mijamy porozrzucane tu i ówdzie małe szyby naftowe. Nie są one w żaden sposób zabezpieczone czy ogrodzone, stoją sobie ot tak na polu przez nikogo i nic nie pilnowane. Tłoczą leniwie czarne złoto. Wyglądają niezmiernie egzotycznie wśród tych drewnianych chałup i łanów żyta. 

Niedaleko Ufy mijamy ogromną rafinerię należącą do znanego i u nas koncernu Lukoil. Takie miejsca mają swój depresyjny typ urody. Nad zakładem góruje ogromy komin, z którego wydobywa się nie dym, a słup ognia. Podejrzewam, że w godzinę spala się w nim więcej gazu niż mnie uda się wykorzystać przez całe swoje życie. Stało się, nikt o tym nie mówił głośno, ale wcześniej czy później ktoś musiał położyć się pod samochód. Na jednym z sikstanków Jarek odkrywa, iż jego Bulgot krwawi olejem z silnika. Objaw choroby był namacalny, czas na diagnozę. Po krótkich oględzinach doktor Jarek stwierdza pęknięcie przewodu chłodnicy oleju. 

Uf to chyba dzięki bliskości Ufy, kończy się na strachu. Usterkę można szybko i łatwo usunąć choć nie należy to do najprzyjemniejszych operacji. Gorący olej silnikowy kapiący na twarz na bank urody i humoru nie poprawia. Postanawiamy się rozdzielić my oraz załoga Janka i Czerwonej Landrynki ruszamy dalej by 

zatankować. Ponieważ naprawa się przeciąga zakładamy obóz przejściowy na stacji benzynowej i robimy obiad. Stoliki, krzesełka, butla słowem piknik. Najedzeni ruszamy pokonać góry Uralu. 

Pozostałe załogi mają nas dogonić po drodze. Góry zacne, podjazdy po 15% nachylenia, ale nie kręte i nie stanowiły by większego problemu gdyby nie rosyjskie ciężarówki. Niektóre gruzawiki jadą z prędkością kontuzjowanego ślimaka, a czarne spaliny widać pomimo nocy. Walczymy o każdy metr drogi, do tego swoje pięć groszy dokładają Czarni Jeźdźcy – Morgule. O  nich jeszcze nie wspominałem ponieważ to całkowicie osobna kategoria rosyjskich kierowców, o przepraszam to nadużycie semantyczne i to grube. Są hybrydą jeźdźca apokalipsy, Morgula i osobnika ludzkiego, z pełną świadomością nie używam słowa człowiek to mogło by sugerować przynależność do gatunku homo sapiens, a tak z pewnością nie jest. Kiedyś, zapewne amerykańscy naukowcy, jak już skończą im się inne oryginalne pomysły, przebadają takiego osobnika i okaże się, że żadną miarą nie są oni genetycznie spokrewnieni z homo sapiens. 

To musi być jakaś jeszcze nie odkryta alternatywna gałąź ewolucyjna. Z pozoru zwykły człowiek, ale jego prawdziwa natura ujawnia się gdy zmrok zapada i proszę nie spodziewać się transylwańskich rewelacji nic z tych rzeczy. Tamci chcieli Cię ubić z powodów kulinarnych, spożywczych nie marnowałeś się na darmo. Powodów dlaczego chcą zabić Cię oni jeszcze nie odkryliśmy, choć intensywnie nad tym pracujemy, prawie na każdym parkingu zbiera się konsylium i debatujemy. Na razie bezowocnie, nikt jeszcze, o dziwo nie osiągną takiego poziomu abstrakcji. A oni tak, a i owszem. Osobnicy Ci charakteryzują się szczególną właściwością, godną pozazdroszczenia, bardzo mocną psychiką i  widzeniem w nocy. Wykorzystują to więc do jazdy samochodem w nocy bez świateł. Proszę nie myśleć, że brakuje im jednego światła, nie świeci drogowe ale są chociaż pozycyjne, choć jedna tylna lampa, nie ależ poco, przecież oni widzą. Zapominają, że pozostała znakomicie większa część uczestników ruchu drogowego nie posiada ich nadprzyrodzonej mocy. Z tych przyczyn nie mogę nadać im gradacji levelowej, muszą być wyodrębnieni osobną kategorią. Ze zrozumiałych względów w dzień się ukrywają co może świadczyć, że są spowinowaceni z gałęzią Transylwańską, ale poczekajmy z tymi rewelacjami na wyniki badań amerykańskich uczonych. Nie było by się nad czym roztrząsać gdyby był to jeden odosobniony przypadek - wyjechał z domu, teren zabudowany, o oświetlona ulica, no zapomniał. Ich jest więcej, jest ich wielu - czas zacząć się bać. Przeprawa przez Ural urozmaicona była jeszcze przez niespotkane wcześniej zjawisko przydrożnych bajzli i proszę  bez skojarzeń. Co kilkadziesiąt kilometrów na poboczach rozwinęły się ryneczki z wszelkiego rodzaju towarem. Sklepo-stragany pozlepiane z tektury, blachy falistej i inny materiałów nie koniecznie budowlanych wraz ze swoimi przybudówkami tworzą zwartą zabudowę na przestrzeni kilkuset metrów. Wszystko otwarte 24 godziny. Grupa docelowa klientów to kierowcy tirów. Co kierowca tira może koniecznie potrzebować podczas przeprawy przez masyw Uralu: niezliczona ilość anten do urządzeń radiowo - telewizyjnych, setki rodzajów ładowarek, baniaki  na wodę, paliwo i „paliwo”, gadżety dla kierowców i ich wielkich maszyn, akumulatory ale również, a może przede  wszystkim, bo ten towar dominował: pontony; wę

dki; dywany; gobeliny; makaty; rogi jelenia i innej maści rogowacizny; broń palna i biała wszelkiego kalibru i wielkości; kompletny zestaw do pędzenia bimbru z nierdzewki; samowary, itd. Minęliśmy takich bajzli kilka, około dziesięciu tylko w jednym był sklep spożywczy, a wypatrywaliśmy go intensywnie, wielkości budki biletowej na autostradzie. W nim lodówka z napojami i kilka puszek na trzech półkach oraz jeden, jedyny bochenek chleba. Kierowcy nie jedzą? Ach no przecież oni polują, wędkują i sami sobie wytwarzają napoje. Wygląda to nader malowniczo. Ural pokonany, jesteśmy w Azji. W czasie jazy przez góry dociera do nas wiadomość, że pozostała część grupy miała jeszcze jakąś nieprzyjemną przygodę. W zamęcie emocji słyszymy „ .... (coś) nas pier...., ale wszystko jest w porządku..” interpretujemy to jako stłuczka. Czyli nieszczęścia chodzą parami. Gonili nas, śpieszyli się i kabum, jakby skomentował to klasyk czystej myśli Rico. Wszystkiego dowiemy się po spotkaniu. Rozwidnia się, ale to już klasyka, dzień jak co cień gnamy do Czelabińska. Tu na stacji benzynowej stado się łączy. Okazuje się, że i owszem stuknęła ich, ale policja (tu nazywają się DPS). Mieli uzasadnione powody, nasi przejechali podwójna ciągłą aby wjechać na stację po przeciwnej stronie, na takich właśnie czekali. Zaczyna się licytacja: oni 500$ nasi proponują 10$, żadna z ofert nie znajduje akceptacji strony przeciwnej, wystartowali ku sobie z różnych galaktyk. Komandir dorzuca wielkodusznie mapę i przewodnik po Polsce oraz kolejne 10$, ale i tym razem nie przynosi to spodziewanego efektu. Po trudnych negocjacjach, by tak rzec ruskim targiem strony zgadzają się na 60$ plus wspomniane gadżety. Pod Czelabińskiem znajdujemy na mapie potencjalne miejsce na biwak. Na miejscu okazuje się jednak, że tak pięknie nie będzie, jezioro jest niedostępne całe obrośnięte trzcinowiem. Rozbijamy się w brzozowym zagajniku. O komarach już nie będę pisać!!! Po 5 minutach śpimy. 

TRASA: Rosja Bobrowskoje, Ufa, Czelabińsk, Anfałowo
ILOŚĆ PRZEJECHANYCH KILOMETRÓW w dniu: 741
POKONANY DYSTANS: 3001
CZAS JAZDY godzin w dniu: 15
STRATY: Przewód od oleju Jarek Partol, Mandat ekstra 60$ 

Dzień siódmy – droga, droga, wiadukt, wiadukt

 

Tak naprawdę to trudno powiedzieć czy zaczął się kolejny dzień. Dla porządku możemy umownie przejąć, że to nowy dzień. Właściwie w samochodach spędziliśmy ostatnie 24 godziny , a plan na dzisiaj to kolejne 1200 km,. nie starczy nam 24 godzin. Spotykamy się na stacji. Szybko jemy w przydrożnej knajpie i ruszamy. W radiu cisza, nikomu się nie chce gadać, jedni prowadzą inni zapadają w letarg. Ciszę przerywa Franc, ogłasza, że musi zjechać bo zaniepokoiły go podejrzane dźwięki wydobywające się z przedniego koła. Robimy szybki pit-stop, samochód w górę, koło sprawdzone, wszystko OK i ruszamy. I tu psikus Jarek z Kasią wysiedli z samochodu zostawiając kluczyki w stacyjce, a ich romantyczny Bulgot zapewne chciał im uprzyjemnić wieczór spontanicznym nocnym spacerem i zamknął automatycznie drzwi. Kluczyki w środku, okna zamknięte upss – „opcje kowalski”. Pozostaje akcja włam. Trudno powiedzieć skąd, ale Wojtek ma w tej materii zaskakującą wiedzę i doświadczenie. Przejmuje dowodzenie operacją, wszystkie chętne osoby zostają asystentami od przytrzymywań, ciągnięć, pchań  i instrumentalistami – śrubokręt taki, śmaki, owaki, kombinerki, no nie takie przecież większe złości się profesor Włamek, ale  większości z nas uczestniczy w takiej operacja pierwszy raz więc prosimy o wyrozumiałość. Po około 20 minutach pokonaliśmy złośliwego Bulgota, za karę kalecząc go w uszczelkę, ale rana jest tylko powierzchowna i załatwiamy sprawę taśmą na gada. Jeszcze tylko zabiegi kosmetyczne związane z podgięciem drzwi, które leciutko ucierpiały i już jedziemy dalej. Można odnieść wrażenie, że Jarek lub jego samochód ma za zadanie urozmaicać nam drogę, by nie było zbyt monotonnie. Trzeba przyznać, że ta akcja była celna i odniosła skutek, wszyscy się ożywiają na ile jest to możliwe. Ruszamy dalej. Przychodzi świt, zapadam w lekko obłąkańcze drzemki, przy jednym z setek przebudzeń słyszę, że zaordynowano, chyba Wojtek, krótką sesję zdjęciową. Otwieram oko by zobaczyć to cudo, gdzie warto się specjalnie zatrzymywać -  rzeka jakich tu setki i wiaduktu jaki tu setki. Nawet nie chce mi się wstawać, choć miejsce klimatyczne. Śpię dalej, bo trzęsię i huczy. Za jakiś czas budzę się ponownie i o boże chyba utknąłem w pętli, ja już tu byłem..... 

Kiedy Tomek spał faktycznie zatrzymaliśmy się w miejscowści Marińsk dokładnie u jego wrót gdzie na straży wiaduktu stała brama wykonana z bali. W jej centrum widać było szkic lokalnej cerkwi. Nie mogę sobie odmówić, rzucam komendę w eter. Zjeżdżamy chwila dla reportera. Wszystkie auta ustawiają się w szeregu na tle rzeki kuja. Parę ujęć obiektywu, upamiętnienia tą chwilę, czas jechać dalej. Takie krótkie postoje dużo nam dają podczas tej wielogodzinnej podróży. Około 500m dalej Jarek prosi o postój. Pisk dochodzący spod maski okazał się piskiem rozpaczy potężnego serca buldoga. Wakum pompa stoi na dębowo. To jedna z części której nie ma ponieważ firma która serwisuje ten silnik jednymi słowy go olała. Temat na pierwszy rzut oka jest poważny. Jest to element samochodu, którego na pewno tu nie dostaniemy. Również naprawa lub regeneracja jest mało możliwa. Cały osprzęt silnika chodzi na jednym pasku więc ciężko wyeliminować coś z niego. Pamiętajmy, że tu już jest jedna proteza zamiast klimy. Wracamy do  bramy i w pięknych okolicznościach przyrody razem z Zibim dywagujemy co tu zrobić. Zaleta amerykańskiej motoryzacji to powtarzalność i kompatybilność między autami różnych marek. Np. sworzeń od explorera  pasuje do kilkunastu aut różnych firm w rocznikach w odstępie 12 lat.  I to jest fantastyczne.




...mały przerywnik. Jako że każda chwili poza samochodem jest zawsze wykorzystywana na relaks przez uczestników, teraz Franc postanowił zabawić zabawiać pozostałych uczestników grą na gitarze. Kaczmarski to może z niego nie jest, ale może kiedyś...



Tutaj okazuje się że silnik GMS jest na tym samym rodzaju pasku 6PK co Ford. To otwiera nam pewne możliwości ponieważ teraz już mamy  3 rodzaje pasków do dyspozycji.

Koncepcja pierwsza omijamy wakumpompe i mocujemy krótszy pasek od expo – opcja możliwa ale bez napinaczy.

Koncepcja druga usuwamy wakum pompę i liczymy na to że napinacz wydoła z naciągiem – opcja po godzinnej walce została wdrożona przetestowana i co najważniejsze działa.

To jedna połowiczny sukces. Bez wakumpompy nie ma wspomagania hamulców, a na tak długim dystansie, dokładając rosyjski styl jazdy, to wyhamowywanie 3,5 tonowego buldoga szczupłą muszką Jarka, może skończyć się tylko parkingiem w czyjejś du… .  Skąd wziąć podciśnienie w dieslu. I nagle Jarek daje coś co wygląda jak suszarka twierdząc, że zabrał takie coś to podobno od Tuarega jest i robi podciśnienie. No dobra sprawdźmy. Oczywiście nic nie pasuje po pierwsze jest to elektryczna pompa z wężami jak odkurzacz. Ale Franc zawsze gotowy do pomocy podaje szarą taśmę macgivera i po owinięciu rurki 10mm i 23mm redukcja węży gotowa.  Po podłączeniu na krótko okazuje się że to naprawdę powinno działać. Pozostaje elektryka. Jako, że w tej materii ja miałem służyć wsparciem podczas wyprawy wyjąłem  niezbędne elementy i zrobiliśmy uruchamianie pompy wraz z naciskanie stopu. Operacja została zrobiona w sposób szybki i sprawny wykorzystując lampkę stopu, która sterując przekaźnikiem uruchamiała pompę. Wada rozwiązania to minimalna zwłoka podczas hamowania. W praktyce rozwiązanie się sprawdziło tylko pompę trzeba było zamontować na zewnątrz do zderzaka ponieważ się przegrzewała pod maską. Buldog z każdym dniem jest coraz ciekawszy. Teraz kiedy zaczyna hamować wydaje charakterystyczny świst jak przy starcie samolotu. Znów się udało, ale ile jeszcze przygód przed nami ? Co jutro pokarze buldog ?

..… pomimo zmęczenia w mig uświadomi sobie, że awaria któregoś z samochodów jest znacznie bardziej prawdopodobna niż utknięcie w pętli czasowej, ale ta podróż i tak już przypominała dzień świstaka. Trzeba przyznać, że problem był naprawdę duży i znakomita większość kierowców musiała by odstawić samochód do warsztatu i to na holu. Awaria znacznie wykraczała poza moje umiejętności początkującego amatora, nie moja liga, choć parę chwil już spędziłem pod tymi żelaźniakami, co tym bardziej pozwala mi docenić umiejętności chłopaków. Ominięcie pompy i przywrócenie jezdności Bulgota to jedno, ale przyczepienie do niego niekompatybilnego odkurzacza by wspomóc hamulce to już coś, a jeszcze przy okazji można posprzątać. Jarek wspomagany przez Wojtaka zajęli się naprawą, a reszta ekipy obozowaniem. Tradycyjnie już wyjęliśmy graty do gotowania, każda okazja jest dobra żeby coś zjeść. Część z nas idzie spać inni   robią szybkie pranie, znajduje się też czas na kulturę, Marcin prezentuje nam program artystyczny przygotowany na takie okazje. W końcu Bulgot odpala silnik, wszystko działa. Jeszcze tylko kilka testów sprawności wszystkich układów i ruszamy dalej. W tym momencie Bulgot miał jeszcze wszystkie wnętrzności w środku. Ruszamy.  Podczas jazdy stado się rozdziela w poszukiwaniu odpowiednich stacji paliw. Jedziemy w dwóch grupach po 3 samochody. Jak się potem okazuje w takiej konfiguracji spędzamy noc. My z Ania, Mariuszem (Landryna), Kasią i Jarkiem (Bulgot) zatrzymujemy się na stacji z knajpą i prysznicami. Właśnie minęła 24-a godzina jazdy od kiedy spaliśmy półtorej godziny stacjonarnie na stacji, nie w jadącym samochodzie. Mamy za sobą ponad 47 godzin jazdy non stop. Chyba jesteśmy już usatysfakcjonowanie zmęczeni, bo postanawiamy tu nocować. Kontaktujemy się z pozostałymi samochodami by nadać im fajna miejscówkę, ku naszemu zdziwieniu oni postanawiają jechać dalej. Nie wiem czym oni się wspomagają, ale chyba pomyliły im się proporcje. Jemy bardzo smaczną kolację, bierzemy prysznic, idziemy spać, my oczywiście w namiocie. Jest po drugiej. Nie ma komarów!?


Dzień ósmy – daleko jeszcze?

 

Pomimo iż ustaliliśmy godzinę pobudki na siódmą rano, nikt nie wstaje. Słyszę jak wyłączane są kolejne budziki. Solidarnie czynię to samo. Wstaję za jakąś godzinę, ale wszyscy nadal śpią, więc postanawiam wziąć prysznic. Klikam pilotem, ale ku mojemu zdziwieniu nie słyszę magicznego klik. Jeszcze raz może nie załapało – nic, jeszcze raz, i jeszcze. Po dziesiątym razie wiem, że nie ma to już żadnego sensu. Pierwsza myśl: noc była zimna pewnie padła bateria, podejmuję próbę jej reanimacji. Kilka chwil pocierania, chuchania itp. składam pilot... i nic. Bobrze bez nerwów, przecież można spróbować metody profesora Włamka, a będzie dużo łatwiej bo okna są lekko uchylone. Znajduję w lesie odpowiedniej długości patyk i próbuję dosięgnąć przycisku otwierającego drzwi. Najpierw od strony pasażera, tu okno jest bardziej otwarte. Po kilku próbach trafiam, ale bez efektów. Wiem, że z tej strony przyciski się niekiedy zacinają, czyli pozostaje mi strona trudniejsza. Mam coraz większą wprawę więc i tu po krótkiej chwili mi się udaje, ale znowu nic. No to mamy problem, to nie pilot tylko akumulator, Więc znowu „Kowalski opcje”? Czuję się jakby ktoś mnie wrabiał, gdzie są te ukryte kamery? Jak otworzyć samochód i nic nie popsuć? Krótki przegląd dostępnych przedmiotów: patyk, pilot, okulary, worek od śpiwora. Analiza możliwości – pozostaje klamka, ale jak ja pociągnąć w bok i to do środka, dostęp i to jeszcze ograniczony mam tylko z góry. Kowalski podaje opcje i słyszę stukanie piłeczki Pomysłowego Dobromira. Worek ma sznurek, na końcu kulka do ściągania. Wkładam przez okno worek i tak nim huśtam aby koniec sznurka obciążony kulką wpadł pomiędzy rączką drzwi, a uchwytem do otwierania. Nie jest łatwo, trzeba idealnie zsynchronizować ruch wahadłowy z momentem opuszczenia sznurka o 2-3 cm. W końcu się udaje, teraz patykiem jeden sznurek naciągam na klameczkę , ostrożnie aby zbyt zamaszystym ruchem nie wyciągnąć sznurka. Znowu się udaje. Teraz już tylko muszę wymyślić jak pociągnąć klamkę w bok, a nie do góry. Trzeba zrobić jakąś dźwignię, pogrubić rączkę drzwi. Wrzucam kawałki patyków pomiędzy drzwi a sznurek. Jeden, dwa – próba, za mało, jeszcze dwa – prawie, prawie. Jeszcze jeden i słyszę upragniony dźwięk otwieranych zatrzasków i tak po 30 minutach walki z drzwiami dostaję się do upragnionych przyborów kąpielowych. Litości. W tej chwili reszta ekipy wstaje. Zwijamy obozowisko, śniadanie na stacji i ruszany. Cel na dzisiaj to Irkuck, około 750 km. Niby niewiele, ale droga coraz bardziej podła. Coraz częściej znika asfalt, a zamiast niego poruszamy się po ubitym gruzie. Odcinki takie wydłużają się nawet do 25-30 km. Dziury, uskoki, wykopy, słupki wszystko co można sobie wyobrazić i jeszcze trochę tego czego wyobrazić sobie nie możecie. Niekiedy musimy jechać 5-10 km/h. Ruch spory, to jedyna droga do Irkucka od zachodu. Kurz jak cholera, a po przejechaniu ogromnych amerykańskich ciężarówek, których tu nie brakuje, tak gęsty, że widoczność spada do 20-30 metrów. Niemalże jedziemy po omacku, a to nadal tylko dojazdówka do OS-u. Droga zaczyna nas już trochę nużyć gdy.... Coś z wielkim impetem uderza w naszą przednią szybę. Wojciech odebrał to zdarzenie bardzo emocjonalnie i osobiście. Potraktował je jako zamach sił nadprzyrodzonych na własne życie, więc uznał, że sam podzieli się swoimi emocjami. 


 -----------------------

 !!!!!!!!!!!!!

To muszę napisać teraz bo tętno mam chyba dwieście. Ręce jeszcze mi dygocą kiedy stukam w klawisze.  Dla mnie wycieczka niemal dobiegła końca. Jedziemy na południe w stronę irkucka, piękna pogoda 23 stopnie, sucha w miarę równa nawierzchnia, obaj w pasach. Tomek prowadzi, ja piszę relacje. Reszta ekipy jedzie za nami. Na budziku 80km/h, 100% przejrzystości powietrza, słońce idealnie rozświetla drogę z prawej strony, dookoła łąki i pola, gdzieniegdzie kępki drzew. Już nam się nie spieszy więc spokojnie mijamy pojedyncze tiry.  Czy coś tu może się wydarzyć ? 50 metrów przed nami czarny bus próbuje wyprzedzić ciężarówkę, która spokojnie toczy się. Nagle potężny huk w kabinie jakby ktoś wysadził mi granat przed oczami. 

Głowa i całe ciało odskoczyło mi w stronę Tomka  i przed oczami mam biały dym. Nie wiem co się stało . Szybka analiza coś uderzyło w auto okolice szyby, ale nie widać pęknięć. Zatrzymujemy się. Trochę roztrzęsiony wysiadam z auta, ale dopiero teraz kiedy zobaczyłem 12cm kawał stali o średni 12mm wbity wystający z szyby na wysokści mojego prawego barku serce przyśpieszyło. Pocisk  z  wielkokalibrowego  karabinu  maszynowego 12,7 mm, który w szedł w szybę jak w masło minimalnie chybił cel - mnie. Powstrzymała go stalowa konstrukcja podszybia i plastiki nawiewu które zostały roztrzaskane w pył. Stanąłem obok, muszę odetchnąć. To już druga taka sytuacja w moim życiu kiedy coś próbuje mnie zabić. Wcześniej to był trzy kilowy  gzyms, który urwał się z trzeciej kondygnacji  z kamienicy i swoim lotem koszącym odciął mi guziki od marynarki muskając czubek nosa.

Wszyscy podchodzą do explorera i nie mogą uwierzyć własnym oczom. Jarek jako ekspert od broni nie wiedział o co chodzi widząc nasze miny ale po wyjęciu pocisku mina mu mocno spoważniała. On bardzo dobrze wie jaka jest siła niszczenia takiej borni. Po chwili identyfikuje, że to nie pocisk tylko punktak, który może być wystrzelony np. z kuszy, które są tu legalne i łatwo dostępne. Ciśnienie nie opada. Mamy dziurę w szybie wielkości palca więc zaklejamy ją taśmą. Szyba ma drobną pajęczynkę ale musi wytrzymać bo zapasu nie mamy. Szyby do explorera to tu raczej nie znajdziemy.

Zaczynamy snuć hipotezy: wyleciało spod kół auta, ktoś strzelał. Olśnienie, przecież mamy zamontowany rejestrator video. Tutaj prawie wszyscy mają bo policja określa winę na podstawie nagrania. Biorę go ręki szukam nagrania, jest. Dziwne uczucie oglądać film zamachu na swoje życie. Jakość wyświetlacza pozostawia wiele do życzenia więc przegrywam zapis do laptopa i na 17 calowym ekranie odtwarzam, klatka po klatce. Widać kawałek naszego podszybia, maskę i drogę. Przed nami czarny bus ale daleko siedzi idealnie na ogonie tira więc od niego raczej nic nie odpadło, Z nadprzeciwka nadjeżdża inna ciężarówka mija nas. Czterdziesta trzecia sekunda huk. W chwili uderzenia przy drodze są niewielkie brzozowe laski. Film nie odpowiedział nam jednoznacznie co się stało. Pozostajemy przy hipoteazach. Jako umysł ścisły nie jestem wstanie określić trajektorii lotu „pocisku „ z samochodu mijącego nas ponieważ dostaliśmy idealnie w dolny prawy róg szyby. Więc nie da się  wyznaczyć takiej krzywej która miała by początek spod kół czy z kipi ciężarówki która nas mijała, poza tym nie zgadza się czas, uderzenie jest 3 sekundy po tym jak nas minęła . Jeżeli  ktoś strzelał to po co ? – dla zabawy. Nie ma co rozmyślać, stało się życie przede nami, do trzech razy sztuka, a może lepiej jak kot, to zostało mi jeszcze 5. Ruszamy dalej. W aucie zaczyna się robić gorąco i zimno. Nie wiem czy to ja jestem taki roztrzęsiony, ale Tomek ma podobne odczucie.  Uderzenie coś uszkodziło z nawiewem bo działa jak chce. Na postoju sprawdzimy co się stało.

Bez większych przygód dojeżdżamy w końcu do Irkucka. Odnajdujemy ulicę, na której mamy się rano serwisować. Postanawiamy w pobliżu znaleźć jakieś miejsce na  nocleg. Wyjeżdżamy za miasto. Gdy już jedziemy podrzędną leśną drogą dogania nas czarna osobówka bez tablic rejestracyjnych, zrównuje się z Bulgotem przygląda 20-30 sekund, a następnie wykonuje ten sam rytuał przy Landrynie, na koniec podjeżdża do nas. Trzeba przyznać, że robi się ciekawie. Czyżby to nie koniec emocji na dzisiaj? Uchyla się szyba i przyjazny Pan o fizjonomii niedźwiedzia próbuje zwrócić na siebie naszą uwagę. Tak jakby już jej nie miał od dłuższego czasu. Po krótkiej konwersacji, odbywającej się przez otwarte okna, bo po co kusić los i się zatrzymywać, dowiadujemy się, że to chciał nam powiedzieć, że chyba zabłądziliśmy bo ta droga nie prowadzi nad Bajkał, co wynikało z naklejki jaką mamy na drzwiach. Na wszelki wypadek bardzo grzecznie dziękujemy mu za troskę i informujemy, że wiemy. Na noc wbijamy się głęboko w las, a ponieważ nie możemy znaleźć żadnego dogodnego miejsca postanawiamy zatrzymać się na te klika godzin snu na leśnym dukcie. Bulgot zastawia ścieżkę z jednej strony Landryna z drugiej, namiot stawiamy w środku. Teraz żaden zagubiony rosyjski kierowca nas nie rozjedzie. Łapiemy po szybkim kieliszeczku, potem jeszcze rozchodniaczek i dobranoc. Plan na jutro: pobudka 6.30, śniadanie – jajecznica z grzybami, 8.00 warsztat, dogonić grupę na gorących źródłach. No  nie ma ICH?


Dzień dziewiąty – jajecznica, serwis, pompa – miało być tak pięknie... a moż/rze będzie?


 Tradycyjnie już zasypiamy, więc bez śniadania ruszamy do serwisu, bo byliśmy umówieni na godzinę. Odnajdujemy warsztat i rozstawiamy obóz, zabawimy tu dłuższą chwilę bo Jarek chce usunąć awarię pompy wakum podmieniając ją na jakąś inną, być może coś się dobierze. Właściciel serwisu, też fan off-roadu, bardzo zaangażował się w naprawę Bulgota. Po dłuższych oględzinach i konsultacjach postanowili podjąć próbę zamontowania jakiejś zastępczej pompy od miejscowych maszyn. W tym celu zabrał Jarka na wycieczkę po Irkucku w poszukiwaniu odpowiedniej części. To mogło potrwać, sama naprawa nie będzie prosta i szybka, a jeżdżenie po zakorkowanym Irkucku też nie należy do przyjemności. My w tym czasie mając przed sobą tylko serwis przeglądowy: nasmarować krzyżaki, sprawdzić koła i zawieszenie, tu puknąć tam stuknąć postanawiamy wrócić do pomysłu jajecznicy z grzybami. Miejsce urokliwe, pomiędzy stacją benzynową, a serwisem z boku ruchliwa ulica. Nie przeszkadza nam to w rozbiciu czasowego obozu, stoliki, krzesełka, kuchenka, a  nawet namiot. Wraz z Anią i Kasią przygotowujemy jajecznicę, Wojtek z Mariuszem grzebią przy samochodach, czekamy na Jarka, no naprawdę sielanka. Nieskromnie przyznam, że jajecznica wyszła pyszna . Jarkowi udało się kupić pompę od Kraza, która może będzie pasować. 

Pokrzepiony śniadaniem zabrał się żwawo do pracy. Ponieważ nie bardzo można było mu pomóc, nieśpiesznie robiliśmy swoje. Podczas przeglądu podwozia Mariusz odkrył, że odpowietrznik tylnego mostu jest za krótki, więc miał dodatkowe zadanie. Po jakiejś godzinie okazuje się, że nowo zakupionej pompy nie da się podłączyć, gdyż potrzebuje ona dodatkowego zasilania olejem, którego nie ma w Bulgocie, jak na razie przynajmniej. 

Kiedy wydaje się już, że sytuacja jest patowa i będziemy musieli na powrót podłączyć odkurzacz, zjawia się prawdziwy majster, mentalny uczeń samego Mac Givera, który to potrafi z dwóch spinaczy, paczki zapałek i ogórka, z tym że koniecznie kiszonego zrobić bojowy helikopter, no szef wszystkich szefów. Ze stoickim spokojem stwierdza, że on zna zakład gdzie starą pompę przetną w poprzek, wzdłuż i po skosie, trochę wyjmą trochę dołożą i pompa będzie jak nowa. Jak powiedział tak zrobiliśmy. Po trzech godzinach pompa była z powrotem. Teraz już tylko trzeba ja zamontować. Jarkowi zostało jeszcze jakieś dwie godziny montażu, kiedy zaczęliśmy zwijać obozowisko. Skończyliśmy więc znalazłem czas na drzemkę w słońcu. Budzi mnie kaszel silnika, który nie chce odpalić, ale raz to przecież nie tragedia, druga, trzecia próba – nic. Pierwsza moja myśl... a niech zostanie do domysłu, druga – to pompa paliwa. Klika chwil diagnostyki i już wiemy, trzeba wymienić pompę, całe szczęście mamy ją na zapas. Niestety trzeba wyjąc zbiornik paliwa, bo nie mamy dostępu od góry. Spuszczamy paliwo, wyjmujemy zbiornik, wymieniamy pompę, zakładamy zbiornik, nalewamy paliwo, cztery godziny później kończymy pracę. Możemy ruszać dalej. Jarek też skończył. Jeszcze dzisiaj mamy zobaczyć Święte Morze Bajkał. 

Kierunek na Ułan Ude. Jeszcze tylko mała, nocna wycieczka po Irkucku w poszukiwaniu całodobowego, to nie pomyłka całodobowego, sklepu z częściami samochodowymi. Chcemy dokupić pompę paliwa, na wszelki wypadek. Trafiamy do zapyziałego sklepiku z artystycznym nieładem, uginającymi się półkami i Panią Zdzisławą z PSS-u. Zanim powiedziałem czego potrzebujemy Pani Zdzisława wypatrzyła w rękach Wojtka starą pompę i bez słowa przystawiła sobie zydelek, sięgnęła do trzeciej półki od góry w drugim regale od wejścia, bez chwili zastanowienia wyjęła czwarte z dołu pudełko w siódmym rzędzie, zeszła i podała nam identyczną  pompę USA jaka trzymaliśmy w rękach, z słowami: „950 rubli, hociesz?” Wywołała u nas efekt - wow.

Aby dojechać do Bajkału

 musimy po raz kolejny przejechać przez strome góry, po raz kolejny w nocy, po raz kolejny grzeją się w automatach skrzynie. Trudy tej przeprawy wynagradza nam widok Bajkału – dojechaliśmy. Chwila oddechu, stygną hamulce, a my cieszymy się nocnym widokiem Bajkału. Teraz na kemp tam już cały dzień na nas czekają. Udaje nam się jeszcze utknąć na chwilę w wielkim błocie, ale wyciągarka załatwia sprawę. Ekipa wita nas, oprowadza po kempie. Bierzemy nocną kąpiel w górskim jeziorze i idziemy do jeszcze ciepłej sauny. 

Jesteśmy tak zmęczeni, że na chwilę zasypiamy. Jeszcze zanim udaje się nam dotrzeć do namiotu jesteśmy zaproszeni do ogniska, przy którym bawią się młodzi Rosjanie i część naszej ekipy. Na gitarze przygrywał Franc - Polska i Sławka – Rosja. Chłopak gra i śpiewa genialnie, jest z pochodzenia  Romem. Cóż miała być chwila, zeszło do 7 rano.  Nie ma komarów???

 


Dzień dziesiąty – relaks z rybą

 

… rano to my nie wstaliśmy. Mamy tu zostać cały dzień aby się zresetować. Pogoda raczej marna, ale i tak wszyscy idą popływać do jeziora. Z Zosią płyniemy na drugą stronę. Okazuje się, że są tam gorące błota. Żal się nie potaplać. Dzień płynie leniwie. Choć miejsce jest bardzo ładne, po południu postanawiamy ruszyć w stronę Ułan Ude i zanocować w pobliżu zespołu świątyń buddyjskich w ….. …...... Po drodze zatrzymujemy się aby skosztować niepowtarzalnego nigdzie indziej na świecie smaku świeżo wędzonego Omula. Ta wspaniałość przyrządzana jest w przydrożnych budach skleconych z byle czego w metalowych beczkach. Co nie ujmuje jej smaku, a być może nawet dodaje  Konsumpcji ciepłej rybki dokonujemy z wielkim apetytem na maskach samochodów. Syci i zadowoleni jedziemy szukać kempu. Odnajdujemy cicha polankę wśród bezkresnych łąk. Jeszcze małe ognisko i rozchodzimy się spać. Rano czeka nas zwiedzanie świątyń i droga. Tu też nie ma komarów, nieprawdopodobieństwo.

 

Comments