BAM i powrót

BAM - czyli Bajkalsko Amurska Magistrala zbudowana jako alternatywa dla linii transsyberyjskiej długośc ponad 4000km. Ilość ludzi jaka zginęła podczas budowy do dziś jest nie znana, ale my spotkaliśmy tych co przeżyli.


Kilka dni w foto skrócie

Po opuszczeniu trudnej drogi technicznej zwanej stodziesiątka, w pierwszej kolejności szukamy swarki aby dokonać niezbędnych napraw.Tutaj podczas napraw dostrzegamy kilka ciekawych konstrukcji jak łazik trzykołowy, czy ciekawej konstrukcji opony zimowe


Kolejne dni w miarę sprawnie przemieszczaliśmy się drogami pseudo szutrowymi które prowadziły wzdłuż BAMu. Oczywiście na mosty rzadko mogliśmy liczyć ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Kąpiele w niezbyt ciepłej wodzie zawsze na orzeźwiały


Przed nami jedna z największych atrakcji tego wyjazdu o jakiej wiedzieliśmy. Most techniczny nad rzeką Vitim, długość ponad 400m szerkość od 180cm do 230cm, brak barierek podłoże z ruszających się drewnianych bali. Wysokość 20m. W ramach rajdów offroadowych w klasie ekstrem dużo widziałem, ale ten most naprawdę był czujny i zmuszał do dużej skupienia.


Przeprawiając się przez kolejną rzekę tym razem wpław każdy znalazł coś dla siebie. Dziewczyny myły głowę, Jarek mył filtr powietrza ,który już stracił możliwość filtrowania czegokolwiek




W namiocie coraz cieplej, słychać krzątanie się Janka i trzaski zamykanych drzwi. Po odpięciu poły naszego wigwamu, ukazuje się jezioro sięgającego po horyzont w tle którego rozciąga się pasmo gór ….

. W nocy wyglądało to inaczej. Wtedy księżyc odbijał się o taflę wody i rzucał cień na poszczególne postacie. Widok jak z bajki był kiedy Tomek w blasku księżyca łowił ryby – oczywiście bezskutecznie.

Dzisiejszy dzień ma to ma być relaks z wędką. Plan: jemy, kąpiemy się, połowy, spokojnie jedziemy na słynne piaski pustyni oraz  do kopalni uranu i kempujemy nad urokliwym jeziorem.

Zgodnie z harmonogramem odkreślamy poszczególne punkty. Zjedliśmy dziś jajecznicę na boczku niestety z sześciu jajek bo kolejne cztery się potłukły. Wykąpaliśmy się, Wujcio nawet dwukrotnie,  temperatura wody wprost idealna, prawie 14 stopni w porównaniu z 5 stopniowymi strumieniami to prawie spa. Powoli wszyscy się pakują Wujcio kończy zabawę z ogniskiem. Kiedy wracam z baniakami wody które właśnie napełniłem, widzę Kasię, stojącą obok auta.
Nagle huk i kawałek szkła pędzi w kierunku oka Kasi. Głowa odskakuje na bok. Widząc to krzyczę „apteczka ranny”. Momentalnie wszyscy podbiegają. Ewa podaje waciki, Jarek patrzy na krew spływającą z głowy Kasi. Ja podaje apteczkę i plastry. Kolejna bardzo niebezpieczna sytuacja tego wyjazdu, na szczęście zakończona tylko centymetrowym rozcięciem 2 cm od oka. Ta nieostrożność wrzucenia butelki z resztkami alkoholu do ogniska mogła skończyć się trwałym kalectwem.
Sielankowy nastrój zanika. Ruszamy na piaski. Do nierównej drogi bamu już się mocno przyzwyczailiśmy, już nawet nikt nie wysiada, kiedy jedziemy po kolejnych zdewastowanych mostkach lub omijających ich brodach. Ta rutyna niewątpliwie kiedyś nas zgubi. A na kiedyś nie trzeba było czekać. Ze względu, że dysponujemy wszystkimi możliwymi mapami tego terenu  nasze auto pełni rolę głównego centrum dowodzenia nad światem :) przez większość czasu jedziemy na szpicy, czyli rozpoznajemy drogę i szukamy alternatyw. Kolejne załogi dostają gotowe komunikaty dołem, uwaga dziura itd.  Niestety jak to na wojnie pierwsi obrywają najbardziej. Jedziemy po bamie prędkość 60km/h to bardzo dużo w tych warunkach, przed nami kolejny mostek,raczej cały, trochę zwalniam, jednak nie dostrzegam kilku bali na wjeździe. Hamulec wciskam do oporu -  za późno. Koła wyhamowały właśnie w wybrakowanej części mostu. Uderzenie było na tyle słabe, że nic nie uszkodziło. Powoli na blokadach wycofuje się do tyłu, jednocześnie podając komunikat „przejazd dołem most zniszczony”.

Nasza czujność powróciła. Po wcześniejszym ustalaniu z Andrzejem na Ozim zaznaczmy punkty charakterystyczne do których musimy dojechać. Niestety nie za bardzo widać drogi, które by do nich prowadziły, ale jest nadzieja. Kolejnym powodem wybrania tej drogi jest brak przejazdu przez rzekę Ciara. Most został całkowicie spalony. Zaczynamy wbijać się w każdą możliwą odnogę aby przejechać na drugą stronę bamu. Po 30 km prób jest wąska ścieżka z ograczeniem, 4,5m wysokości. To tu - według mapy jest tu cieniutki przerywany szlak. Na początku wąsko przez las, później małe błota, coraz większe i większe. Poziom trudności z każdym metrem zaczyna się podnosić. Reduktor, jedynka, blokady i na ogniu do przodu. Wyciągarki w ruch. Niestety nasza chwilowo odmówiła posłuszeństwa, ale po kilku uderzeniach szeklą moc  powróciła. Zaczyna się walka. Mariusz urywa tym razem tylną półoś podczas próby wyjścia z jamy. Hinek wbity na dębowo. My przedzieramy się patentami do przodu i kiedy stanąłem za ścianą lasu, a przed oczami rozciągała się kilometrowa przestrzeń mokradeł zacząłem

mieć dejavu. Widok w każdym szczególe przypominał mi obrazki które widziałem 3 miesiące temu na Ładodze, gdzie auta klasy proto i tr3 walczyły o przetrwanie. Czy my naszymi kioskami mamy tu jechać, odpowiedź oczywista. Razem z Andrzejem, który też poszedł na rekonesans zarządzamy odwrót. Jadąc w tą stronę rozryliśmy wszystko, więc jakość drogi znacznie spadła. Zapada noc, przemy do przodu, już nikt się nie bawi. Na chama przedzieramy się przez rozryte koleiny, Hinek na kinetyku ciągnięty jest przez Jarka po największych kałużach. Byle do bamu, byle szybko. My jedziemy  na oparach. Explorer pali kosmiczne ilości paliwa na bamie koło 30l/100km, ale na sto dzięsiątce spalił 50l/100km.  Jarek nie ma lepiej. Buldog również spalił mu około 40l/100km. Podczas dojazdu do stacji wlewamy zawsze do pełna i modlimy się aby starczyło. Dotarliśmy – Bam, teraz byle do Czity tam jest cywilizacja. 30Km dalej   stajemy na krawędzi doszczętnie spalonego  mostu przebiegającego przez rzekę Czita. Jesteśmy zmordowani, na końcu drogi rozbijamy camp. Jedno piwo idziemy spać

 Dzień następny

  

Nasz namiot usytuowaliśmy na krawędzi zerwanego mostu i z tego też kierunku obudziło nas ciepłe poranne promyki słońca.To jest bardzo podbudowujący moment ponieważ noce są coraz zimniejsze. Miejscowi powiedzieli że lato się już skończyło. Złote liście na drzewach zaczynają nam  przypominać o jesieni. Ekipa w miarę szybko zbiera się do poszukiwania przejazdu. Rzeka szerokości znowu około 100m jest rwąca z licznymi przegłębieniami. Na dzień dobry trzeba przebić się przez odnogę w grząskim piasku. Tutaj jak zwykle prym wiedzie Zbyszek swoją lekką toyotą.

Zawsze kiedy są tematy głębokich brodów on wytycza drogę. Szturmani poszli na zwiad. Z trzech dróg tylko jedna odnaleziona przez Jarka miała potencjalną szansę.
I tą podążył Zbyszek. Auta na początku zanurzyło się do poziomu maski następnie wpadło w dryf i przepłynęło z prądem do najbliższej mielizny. Tego jeszcze nie było, aby auta celowo pływały. Ale podejrzana technika od miejscowych właśnie taką wskazywała. Wykorzystuje się tu nurt rzeki aby przemieścić się wraz z nim w bardziej przyjazne miejsce. Znowu cała elektronika do góry, pompy zęzowe włączone i do przodu, Explorer jeszcze nie pływał więc to naprawdę był debiut. Na brzegu pozostał tylko Hinek który kategorycznie powiedział że nie przejedzie. Całą tą sytuację obserwowali robotnicy mostu. Kiedy my cieszyliśmy się na drugim brzegu z krzaków wyjechał potężny ural, który bez zastanowienia wpadł w toń i momentalnie znalazł się na drugim brzegu. Przypiął Hinka do siebie i przeciągnął go do nas jak zabawkę, która z tyłu dryfowała jak ponton w wartkim nurcie. Kierowca nic nie chciał żadnych dzigów ani nawet wódki. 


















Z tą bezinteresowną życzliwością spotykamy się tu od jakiegoś czasu. Ludzie bardzo chętnie pomagają nam nie chcąc niż w zamian, Dzień wcześniej naprawiono nam również koło i nie chciano nic w zamian. Czita stoi otworem. Wjeżdżamy do miasta. Magazin, zaprawka, kanał tego nam trzeba. Następuje serwis aut. Wymiana olei,  Zbyszek wkłada polibusze, Hinek ma problem bo nie ma klocków z tyłu, więc kupuje podobne licząc, że ktoś mu dorobi, u nas ponownie wydech zaczyna hałasować. Zatankowani ruszamy dalej na bam. Hinek musi pozostać i czekać na mechanika, założenie jest, że razem z Francem który jest tuż za nami dogonią peleton.  15Km od Ciary nasz przewodnik Andrzej za wszelką cenę chce wracać. Akurat jechał ze mną i opowiadał że musi wrócić bo nie ma jedzenia i nie zrobił zakupów itd. Zatrzymujemy konwój. Andrzej stanowczo chce wracać do City, i lecieć do siebie samolotem. Powodów z każdą minutą było coraz więcej. Kończymy dyskusje i Zibi odwozi go do Ciary. Budzą się poważne obawy co dalej, ponieważ przed nami most kolejowy który musimy przejechać po dogadaniu się z dróżnikami.  Wiemy że Rosjanie są uprzedzeni do Polaków, ponieważ jedna z osób która przejechała  przez ten most nagrała to na video i umieściła na youtubie. Rosjanie  byli wściekli. Andrzej jako osoba narodowości rosyjskiej miał złagodzić ten spór. Cóż musimy liczyć na siebie, ale do tego już dawno przywykliśmy. Jak najszybciej chcemy iść spać. Pierwszy możliwy zjazd do rzeki i kempujemy.
Dosłownie 5 metrów od postoju ogłusza nas, ryk silnika. Rura łącząca kolektory urwana jest całkowicie.  Noc była tragiczna. Cały czas lało, namiot był 20m metrów od torów , zimno. Noc nie przespana. Świt, wychodzę z chłodnego wilgotnego namiotu i jak najszybciej wracać do miasta naprawić wydech. Chyba pierwszy raz wstałem przed Mariuszem, to on jest porannym skowronkiem. W nieznośnym hałasie jedziemy do miasta. Tam spotykamy Zbyszka który nie wrócił do nas bo nagle stracił oświetlenie. Wujcio w tym czasie poznał całe miasto i całe miasto poznało jego. Dzięki tej przyjaźni trafiamy do fantastycznego mechanika który Hinkowi przerabia klocki i nam spawa wydech. I ponownie rosyjska uprzejmość daje się we znaki. Mistrz nie chce od nas żadnych pieniędzy.  
W międzyczasie a było to prawie 4 godziny gościmy na festynie z okazji dnia aktora. Szaszłyki i inne rozmaitości trafiały do naszych podniebień. To było najprzyjemniejsze okoliczności w jakich usuwaliśmy usterki. W pewien sposób byliśmy atrakcją turystyczną, ponieważ to miasto jest odcięte od reszty kraju. Jedyna forma komunikacji to kolej, Młoda dziewczyna na stacji zdradziła nam, że nigdy nie była w innym mieście, a pomocnik mechanika najdalej pojechał pociągiem 300km dalej. Wszystkie mosty spalone więc ruch ograniczony do minimum. To miejsce jest tak odrealnione jak słynna osada w w filmie przystanek Alaska. Każdy dostępny surowiec jest tu do czegoś wykorzystywany. Ściany hali mechanika były zbudowane z podkładów kolejowych, a stare panele grzewcze robiły jako burty na kipie do Kraza. Potrzeba matką wynalazków nic się nie marnuje.

Naprawieni, najedzeni w dobrych nastrojach ruszamy dogonić Jarka z

Mariuszem, którzy wysłali nam  sms swoją pozycję. Z otrzymanej informacji są 60km za miejscowością Hani. Mnie dopadła rwa kulszowa więc mam problemy z siedzeniem, dlatego generuję miejsce leżące w samochodzie kładąc się na skrzyniach w części bagażowej. Tomek prowadzi spokojnie więc daje się leżeć. Droga na bamie po raz pierwszy zaczyna nam odpłacać trudy jej pokonywania,  pięknymi widokami gór pokrytymi śnieżnymi żlebami. Droga jak w alpach tylko szczyty nie przekraczają 3000 metrów,

Ciepłe światło zachodzącego słońca dodatkowo dodaje uroku temu cudownemu krajobrazowi. Z czasem zarys wierzchołków ginie w mroku zapadającego zmroku. Mijamy Hanę za 60 km kemp. 15 km od miasta w radiu słyszę Jarka i niepokojący komunikat „Jest temat”  to zawsze oznacza kłopoty. I faktycznie przed nami kolejna warka duża rzeka z wielkimi otoczakami do pokonania. Morale spadają, termin powrotu z każdym dniem się oddala.

W międzyczasie Jarek wszedł do rzeki na asekuracji z liny i mało by się nie utopił.

Namiot sen, najzimniejsza noc.


Dzień nie wiem który

Poranek chłodny, nie chce się wyjść ze śpiwora. Ale trzeba działać. Rezerwy gazu dobiegają końca więc coraz więcej posiłków przygotowujemy na ogniu. Dziś jajecznica z tuszonką – słaby wybór.

Tomek z wójciem wracają do miasta szukać urala aby nas przeprawił.  Reszta czeka.

Kilka godzin później zjawiają się wszyscy. Na pomoc nie możemy liczyć, musimy przedrzeć się na drugi brzeg sami. Zibi podpina się do Franca i mimo uwag Jarka, który już robił rekonesans dna, pakuje się na kurs na którym dnie czyhają wielkie kamienie, Toyka blokuje się mostami pomiędzy skałami. Franc wyrywa go do tyłu. Szturm zostaje chwilowo odwołany. Na zwjad wyrusza Tomek, który przez godzinę wytycza szlak wbijając tyczki w wodzie. Na wyznaczony szlak rusza Jarek.Ja podaje mu informacje stojąc na progu auta. Sukces pierwsze auto na drugiej stronie. Ponownie rusza Toyka z podpiętym Francem teraz jednak już po przemyślanej drodze. JA z Mariuszem następni. Tomek bohater tego przejazdu cały czas w sześciostopniowym dopływie rzeki prowadzi poszczególne auta. Hinek ponownie przełamuje swoje bariery i rusza, w asekuracji stoi odwrócony Franc z wyciągniętą liną. Kolejny sukces.

Oba auta ruszają w stronę lądu przez już płytki kawałek strumienia. Franc zbaczając z kursu wpakował się na dwie skały które podczas ciągnięcia się mechanikiem zdjęły mu oponę z felgi. Ruszamy dalej do miejscowości Oliekma tam ma być paliwo magazyn. NA drodze oczywiście pojawiają się niespodzianki. Kolejeny zarwany most bez możliwości objazdu. Jedyna droga prowadzi przez drogę techniczną kolei. Te drogi generalnie omijamy bo często kończą się bez wyjazdu. Niestety tym razem było podobnie. W pewnym momencie na środku leżała sterta podkładów kolejowych które niezgrabnie należało ominąć, ale 50m dalej droga się zwęziła do szerokości torowiska. Jedyne rozwiązanie wjechać na tory i minąć zwężkę. Dla dodanie kolorytu właśnie mija nas pociąg z podpiętymi pięćdziesięcioma wagonami. Szybka decyzja jedziemy. Nawet 34” koła z wielkim trudem wbijają się na tory. Chwila strachu i już jesteśmy na drugiej części drogi technicznej. Za tego typu manewr grożą tu poważne kary więc im prędzej uciekamy do głównego szlaku. Hałas obieranego nadkola zmusza nas do zatrzymania. Most zerwał koło centrujący resor i cały przesunął się do tyły obcierając kołem osłony. Znowu problem.  Kilka uderzeń kołem w kamień przesuwa most na swoje miejsce ale nie na długo. Od tej pory co chwilę musimy stawać i korygować pozycję koła. Do miasteczka w którym ma być raj dzieli nas już tylko 8km.

Częstotliwość postoju  rośnie diametralnie, przypinam most pasem transportowym aby nie uciekał do tyłu. Po drodze mijamy stojący samochód w którym dwóch tubylców opija święto górnika. Chwila rozmowy i gość prowadzi nas do siebie sprzedając paliwo i udostępniając uroczy garaż do naszej naprawy. Rozbieramy resor, i dorabiamy nowy kołek centrujący. Pan miał wszystkie narzędzia jakie były nam potrzebne, szlifierkę, gwintowniki młoty klucze i nawet spawarkę. Po raz koleiny los nam sprzyja, jednak tylko nam. Jarek tankując ropę z beczki, tuż po odpaleniu auta przejechał niecałe 200 metrów. Diagnoza – woda w ropie. 160 litrów paliwa zostało wylane na drogę, mało ekologiczne ale nie było innego wyjścia. My cały czas się naprawiamy o tutejszym życiu.  Okazuje się że to miasteczko żyje tylko dlatego że jest tu wydobywany tytan i exportowany do kitajców (chin) i Japonii. Zima zaraz się zacznie i temperatury -50 stopni są standardem.
Maszyny i samochody pracują 24 godziny na dobę, ewentualnie wyłączane są w podgrzewanych pomieszczeniach. Franc wysyła nam koordynaty gdzie nocują. My naprawieni dojeżdżamy do cieplnika, w którym już biesiadują pozostałe załogi. Ciepliniki to takie małe domki na Syberii zbudowane z różnych materiałów ten akurat był z podkładów kolejowych, w którym jest wielki piec na drewno i czasami jakieś jedzenie. Zasada jest prosta przyjeżdżasz, ogrzewasz się, śpisz i rano uzupełniasz drewno oraz zostawiasz coś od siebie. Noce zaczynają być coraz zimniejsze temperatura w ciągu dnia nie przekracza 10 stopni. To schronisko było dla nas wybawieniem.  Pierwszy raz od wielu tygodni jesteśmy pod wspólnym dachem. Ucztowanie nie ma końca. Wujcio przygotowuje kapustę, z ziemniakami i mięsem. Nazwa potrawy nie określona, ale ciepła i smaczna. Z Tomkiem i Wujciem zasypiamy na długich ławach przy stole. 


Dzień kolejny

Ciepło to pierwsze wrażenie jakie miałem kiedy otworzyłem oczy. PO raz pierwszy śpiwór nie jest wilgotny, a ja nie chowam odruchowo rąk do środka. Nagrzana chałupka i piec trzymały ciepło przez całą noc, mimo mocno nieszczelnych drzwi. Lokalizacja domku tuż przy torach całkowicie nam nie przeszkadzała rekompensowało to wyczekiwane od dawna ciepło.

Ruszamy dalej, dziś powinniśmy mieć dwa duże brody i wreszcie rzeliazny (kolejowy) most który połączy nas z cywilizacją.

DO mostu już tylko 60km. Po drodze mijamy urala który ciągnie transporter na gąsienicach. Kawałek dalej piknik. Dziewięciu Rosjan siedzi sobie przy ognisku i spogląda na nas jak na kosmitów. 

Z tej strony nikt się nikogo nie spodziewa bo do droga znikąd dla miejscowych tubylców. Panowie z dwoma uralami prowadzili tam jakieś prace serwisowe, a to był czas przerwy. Za nimi kolejna rzeka rozlana na szerokości około 200 metrów,Jesteśmy już tak oswojeni z przekraczaniem że przestaje robić to na nas jakieś wrażenie. Z Tomkiem ubieramy się w wodery i ruszamy wyznaczyć szlak. Prąd w miarę silny ale daje się iść, ale dno twarde i kamieniste. Poziom wody w normie do pasa to już taki standard. Łączymy cztery auta linami tak aby pociąg szedł równo i wszyscy byli bezpieczni. Nawet Hinek już nie stawia oporu bo wszyscy chcą się stąd wydostać jak najszybciej. To była chyba najszybsza przeprawa jaką zrobiliśmy może cała operacja trwała 20 min, Podajemy sobie ręka za kolejny sukces.Podaje komunikat „ Już tylko 15km do mostu” wydawało się że to rzut beretem. Niestety to  był jeden z dłuższych odcinków. Po wyjechaniu z wielkiej rzeki trafiliśmy na mały strumyczek z bardzo kopnym kamienistym dnem. Bez widny nie dało rady wyjechać. Kiedy my walczyliśmy z Jarkiem. Mariusz wybrał alternatywną drogę i urwał kolejną półoś. Pozostał mu napęd tylko na dwa lewe koła. Gorsze było to że prawe przednie koło zablokowało się i pracowało jak kotwica hamując całe auto. Franc z Zibim polecieli dalej załatwiać przejazd przez most. My rozpoczynamy kolejną walkę z maszyną. Kinetyk wyciągarka, hi-lift, łopata  używamy wszystkiego aby wyjąć go z rzeki. Po godzinie walki auto stoi na prostym. Koło się na chwilę odblokowywało, ale za to ograniczony był skręt kierownicą.
Za wszelką cenę chcemy go uruchomić aby kolejny brud zrobić za dnia. Jakoś powoli zaczynamy jechać, koła w landku zaczęły się kręcić, jest dobrze.  Z każdą minutą jesteśmy coraz bliżej celu. Jarek jedzie na przedzie bo nie ma wstecznego ja asekuruje dyskotekę. Skręcam w lewo ale droga nachyla się ostro na zewnątrz 100metrów dalej patrzę w lusterko i wrzucając wsteczny wołam do o radia „ Auto na boku” Jarek natychmiast się zatrzymuje i biegnie w stronę wywróconego landrowera. Wskakujemy na auto i wyjmujemy Mariusza i przygniecioną Anię z samochodu. Oboje są roztrzęsieni. Najpierw kinetykiem próbujemy postawić auto – bez powodzenia. Następnie wyciągarka przez drzewo – wyrywamy próg auto ani drgnie. Zblocze - powoli wstaje. Jarek naciąga go na bok ja podciągam go do przodu. TRzydziestominutowa akcja ratunkowa postawiła auto na prostym. Załoga dochodzi do siebie,Pogniecione drzwi, urwane lusterko, ale strat większych nie ma . Pytanie czy olej nie przelał się do silnika i czy odpali. Niestety cała ropa wylała się więc Jarek spuszcza ze swojego zbiornika paliwo, niestety plastikowy krucic od pompy wyłamuje się.Jest coraz później. My ruszamy wyznaczyć drogę na rzece. Kolejne rozlewisko. Wodery i naprzód, to już rutyna. Patykami wyznaczamy szlak. Za 20minut słońce schowa się za chmury. Od czterech dni nie kąpaliśmy się, co w tych warunkach zaczyna być problematyczne. W stroju Adama kąpiemy się w siedmiostopniowej rzece. Czyści pachnący czekamy na resztę ekipy. Z dala widać chmurę dymu, ale przemieszczającą się, więc jest dobrze.

Jarek z Mariuszem podjeżdżają do brodu. Spinają się kinetykiem i ruszamy. 15 min i jesteśmy na drugiej stronie. Zdolności bojowe land rovera zostały mocno ograniczone dlatego, Jarek musi go szarpać przez pozornie proste piachy. 6Km prostej drogi.  Kolejny komunikat Mariusza, „gotuje mi się motor”. Mamy dosyć. Od mojego hasła „już tylko 15km”  minęło 6 godzin. Przypinam land rowera na hol i ciągnę go do mostu, diagnoza nastąpi później. U celu wesoła gromadka siedzi przy ognisku.  Musimy czekać jutro naczelnik zdecyduje kiedy przejedziemy. Noce już są na minusie, więc mocno wtulamy się w śpiwory i idziemy spać.    Z Tomkiem pozostajemy ostatni na posterunku dzięki czemu do żaru wrzucamy sobie ziemniaczki.

 

 Kolejny dzień po dniu kolejnym

Trzaski kluczy, drzwi budzą mnie ze snu. To Mariusz od rana walczy z przegubem który zmielił  się w pył i blokował koło. My powoli wstajemy idziemy na ciepłe śniadanie do ognia. Przed nami do pokonania potężna rzeka Olekma. 

Dla dobra stosunków polsko-rosyjskich informacja w jaki sposób ją pokonaliśmy pozostanie utajniona. 

Jedziemy dalej do naczelnika. Tam czeka na nas uczta. Po drodze spotykamy człowieka w ładzie który kieruje nas do gospodarza. Wchodzimy do pofabrycznego budynku, ale w środku pokoje i jadalnie. Gorąca zupa z wczoraj upolowanego jelenia pobudza wszystkich.

Biesiada się rozpoczyna dalszy ciąg nastąpi jak wytrzeźwiejemy. Oczywiście dowiedzieliśmy się że jeszcze kolejna wielka rzeka przed nami.

 Poranek – tupot białych mew. Umysł Jarka i innych właśnie był w takim stanie. Ale to on bronił honoru ojczyzny. To on pokonał Rosjan w boju do 6 rano. Walka trwała długo. Pierwsza bitwa na której naczelnik został  zabrany przez urodziwą żonę zakończona była remisem. Ale dogrywka i nowa dostawa alkoholu dopiero wyłoniła zwycięzce. Rosjanie nie oddali skóry łatwo. Wygrali jednak w tempie trzeźwienia.


Takiego wieczoru było nam trzeba, całkowity reset od komarów zimna i bagien. Dziewczyny w kreacjach wieczorowej wreszcie mogły wykorzystać swoje wdzięki do ośmielenia gospodarzy.

Podczas wieczoru nastąpił wymiana barderowa, Franca koszulka
GREEN DAY 2003r za 200 litrów ropy i 100 litrów benzyny, alkohol czyni cuda. . Zapoznany naczelnik dysponował bardzo dużą władzą i kontrolował Bam na odcinku ponad 500km. Jego wizytówka otwierała wiele drzwi.

Naczelnik był prawdziwym przedstawicielem władzy co dało się odczuć przez cały okres przebywania w jego towarzystwie. Prawda jest taka, że jego pomoc była dla nas niezbędna po benzyna w tej okolicy jest towarem deficytowym.


Ruszamy dalej Przed nami miało być już tylko łatwiej, ale oczywiście już nikt w to nie wierzy bo takie obietnice słyszymy od dawna. Tym razem czujemy się jednak pewniej ponieważ prawa ręka naczelnika zabiera się z nami i jedzie do Tyndy. Jarek miał okazję być w domu u tego jegomościa i jak stwierdził, tyle broni w domu to jeszcze nie widział. 



Oczywiście kiedy piękna droga dobiegła końca i zapadł zmrok zaczął się kolejeny koszmar. Mieliśmy 50 km to cywilizacji, ale to trwało wieczność, auta jakby się zmówiły zaczęły się dosłownie rozlatywać. Franc stracił łożysko i co gorsze do zapasowego nie miał nakrętki. Więc musiał wrócić z Zibim i próbować coś dotoczyć . My jedziemy dalej, Hinek traci hamulce dzięki naszemu nowemu przewodnikowi udaje się to szybko naprawić, my dziurawimy koło, tak że jest do wyrzucenia. Każdy nowy dźwięk w aucie źle wróży. Do tego przed nami kolejna wielka rzeka. Nie zastanawiając się wbijamy się z Tomkiem w wodery i wytyczamy szlak. Jest źle, dno jest piaszczyste i grząskie. Nie ma już odwrotu. Jarek na czoło ja za nim, do mnie przypięty zdezelowany land rover prawie bez napędów, a za nim Hinek. W głębokiej i wartkiej rzece jedziemy na pełnym gazie, nagle czuje że auto stoi jakby mnie kotwica zatrzymała. Odpinam Landrover od siebie i wydostaje się na brzeg. Jest noc mamy dwa utopione auta w dwustumetrowej rzece. Po długiej walce spinając wszystkie możliwe taśmy udaje się wyjąć Landrynę, ale Hinek porzuca auto i idzie na drugi brzeg. On już ma wszystkiego dość.  Ten dzień nie chciał się skończyć. Nieodległa cywilizacja jakby nie chciała abyśmy do niej dotarli zostawiając nas w mocnym uścisku nieposkromionej Tajgi. 
Moc jaką dysponował pomocnik naczelnika była jednak wystarczająca aby wyjść z opresji. Wsiadł do mnie do samochodu i kazał jechać 3 
kilometry do dużego kamienia wzdłuż torów. Na początku myślałem, że nie zrozumiałem komendy, no ale jadę. Był duży kamień więc się zatrzymałem, on wysiadł wszedł na niego wyjął telefon 
komórkowy. To się nazywa znajomość sieci :). kiedy wróciliśmy do rozbitków po 15 minutach przyjechał duży GAZ i jak szmatę przeciągną Hinka przez rzekę. Jakimś cudem auto odpaliło i ruszyliśmy dalej. 
Jakoś nad ranę dojechaliśmy do Tyndy. Prawie ucałowaliśmy ziemię. Wszyscy byli zmordowani i wykończeni.
To miasto dawała szeroki wachlarz możliwości. Jednym z nich było porzucenie aut i powrót kombinowany połączeniem do kraju. Mamy już 9 dni opóźnienia i ponad 9000 km do domu. Jedziemy zrobić przegląd samochodu do pobliskiego zakładu. I to było piękne, za niecałe 250zł czterech fachowców wymieniło mi
wszędzie oleje, naprawiło mocowanie resora, 
wyważyło wszystkie koła, sprzedało używaną oponę o rozmiarze pasującym na zapas i parę jeszcze innych pierdół. Nawet udało się dopasować nowe łączniki stabilizatora od Gazeli. W warsztacie było wiele nowatorskich narzędzi, np poduszka pneumatyczna była wykonana z opony. 
Chłopaki też zrobili przegląd swoich aut. Kiedy Hinek się naprawiał na Bamie Jarek słyszał Franca na radiu i miał podejrzenie, że chłopaki nas wyprzedzili. Niestety żadnego kontaktu nie mieliśmy, ale tu jest generalnie problem z używaniem telefonów komórkowych więc trzeba się do tego przyzwyczaić. 
Zapada decyzja wracamy do domu.

Od tej chwili trwał dziwięcio dniowy maraton do domu. Jechaliśmy 24 godziny dobę, jeden spał na skrzyniach drugi prowadził i tak na przemian. Jarek miał najgorzej bo nie miał zmiennika i ciągle jechał bez wspomagania hamulców. Później jeszcze Ania nie miała zmiennika i jechała sztruclem na trzech garach w którym na koniec spalił się alternator. Generalnie powrót to koszmar o którym wszyscy wolą zapomnieć. To, że nikomu się nic nie stało to cud. Wyprzedaliśmy jak rosjanie, podwójna ciągła zakręt w prawo pod górę, ale tam się tak jeździ inaczej wracalibyśmy wieczność i wcale nie znaczy, że było by bezpieczniej. Zbliżając się pod górę trzeba być gotowym, że nagle za wzgórza wyjadą cztery auta jadące koło siebie, samemu trzeba  uciekać na pobocze jak jest. Tu doceniałem silnik benzynowy i 200 koni pod maską. Generalnie jestem bardzo zadowolony ze swojej eksplozji po poza niegroźnymi niedoróbkami mechaników (wydech,resor, korek mostu) auto spisało się bez zarzutu. Aczkolwiek gotowi byliśmy na bardzo poważne awarie, z części zapasowych użyliśmy tylko pompy paliwa i olejów na podmianę. 
 Zrobiliśmy jeszcze mały postój nad bajkałem i uralem.




06.09.2013
Chciałem zameldować że pierwsza część osób z expedycji ProjektX właśnie wjechała na teren rzecz pospolitej polskiej. 
Ja Tomek, Ania i Mairusz przekroczyliśmy właśnie granicę. Jarek z Kasią też zaraz tu będą. Pozostała ekipa jest kilka tysięcy km z tyłu. Dokładnie nie wiemy gdzie ostatnie info to nowosibirsk.

To naprawdę była przygoda życia, dziesiątki nieprzewidzianych zdarzeń na które trzeba było natychmiast reagować. Mogliśmy liczyć tylko na siebie i na mieszkańców.
Dziękuję wszystkim uczestnikom, za ten wspólny miesiąc.

  • Francowi za organizację i fantastyczne wieczory z gitarą – szczególnie za kaczmarskiego
  • Zosi – za charyzmę i jaką wprowadzała do zespołu.
  • Wójciowi za potrawy które wieczorami po cichu pichcił jako smakołyki dla wszystkich
  • Zibiemu za wyznaczanie szlaków w głębokich brodach zawsze kiedy był szedł pierwszy
  • Ewie za uśmiech i pałającą pozytywną energię zawsze machała przez okienko jak tonęli :)
  • Mariuszowi za pełną gotowość i chęć pomocy podczas forsowania ciężkiego terenu i oczywiście za kable
  • Ani za ciepło domowego ogniska. Zawsze dbała abyśmy mieli gorącą herbatę i nie chodzili głodni.
  • Jarkowi za stoicki spokój jaki towarzyszył mu przez cały wyjazd. Naprawdę tworzyliśmy jeden organizm i mogliśmy na siebie liczyć.
  • Kasi za pogodę ducha, wdzięk i trzeźwą ocenę sytuacji.
  • Jankowi za postawę – to człowiek który złamał najwięcej swoich i auta ograniczeń. Każda kolejna przeszkoda wyznaczała nowe standardy z początku rzeka do pół koła była czymś gdzie Janke mówił „ Nie jadę”, po miesiącu kiedy auta tonęło i wpadało w dryf  można było usłyszeć co najwyżej „Zastanówmy się”
  • Michałowi – za wspieranie Janka mimo braku doświadczenia, bez niego mogło by być słabo
  • Tomkowi – za znoszenie mnie przez tyle czasu i prawdziwą przyjacielską przygodę
  • I oczywiście mojej Żonie za pełne wsparcie i zrozumienie.
  • Wszystkim Rosjanom, którzy zawsze pojawiali się jak z kapelusza z konieczną  pomocą. Bez nich nikt by stamtąd nie wrócił.

Mimo tak długiego czasu i tak różnych charakterów nie pozabijaliśmy się co nie znaczy, że nie odbyło się bez  konfliktów. Ale w chwilach grozy tworzyliśmy jedność. Nikt z nas nie był tak daleko na tak długo z tyloma osobami. To doświadczenie wiele nas wszystkich nauczyło i każdy wyciągnie z tego własne wnioski.

Ja mam jeden - zawsze warto realizować marzenia 

 Jeszcze raz DZIĘKUJE WSZYSTKIM


Comments