Bajkal i droga 110


Dzień jedenasty – neofita w kąpieli

 

Dzień mamy zacząć od zwiedzania świątyń buddyjskich. Jest wśród nas osoba, która fascynuje się Buddyzmem od wielu lat i zgodziła się opowiedzieć o tym co widzieliśmy  w …......... Zosiu oddaję Ci fuchę kronikarza, ja mógłbym coś poplątać.

Cały czas czekamy na relację.

 Siła świątyń jest wielka gdyż w naszej ekipie jeden z uczestników wykazuje niepohamowany zapał neofity. W świątyniach zaopatrzył się w liczne ….........., którymi przyozdobił wszystkie samochody. Przecież nie może nam to zaszkodzić, a jeśli nam pomoże to tym lepiej. Szczęścia i boskiej opieki nigdy nie za wiele, a potrzebujemy ich co niemiara w najbliższych dniach. Z …......... ruszamy do 

Ułan-Ude zostawić niepotrzebne rzeczy przed wyjazdem w teren. My pomimo tego, że jesteśmy wyładowani po dach nie zostawiamy niczego, bo wszystko jest nam potrzebne. Choć żywię ogromną nadzieję, że wiele rzeczy nam się nie przyda w dalszej drodze. Oby nie były to nadzieje płonne. Dalej ruszamy wschodnim brzegiem Bajkału na północ. Dojeżdżamy do miejsca gdzie brzeg ma charakter nadmorskiej plaży. Piaszczysta plaża, zachodzące słońce i Bajkał – to bajka, tego nie możemy sobie odpuścić, choć znowu gonimy resztę grupy. Zjeżdżamy by wykąpać się w tym pod wieloma względami wyjątkowym jeziorem. Tak naprawdę dzisiaj widzimy Bajkał po raz ostatni w czasie tej wyprawy. Nasza trasa będzie przebiegała osławioną złą sławą 110, a potem Bam-em (Bajkalska Magistrala Kolejowa – ostatnia wielka inwestycja Sowietskiego Sajuza, nota bene nie ukończona). Ponieważ moja wiedza jest zbyt płocha by udzielać pewnych informacji, zachęcam wszystkich by poczytali sobie o Bajkale, Buriacji i Zabajkalu . Dla ciekawości mogę (z dużą pewnością) podać, że jest to najgłębsze jezioro Ziemi ponad 1600 metrów, czyj parę razy głębsze od Bałtyku, ma też większą od niego pojemność i mieści około 20% zasobów słodkiej wody zgromadzonej w jeziorach, a wpada do niego ponad 330 rzek. Posiada również bardzo bogatą i ciekawą faunę i florę, z czego wiele gatunków to endemity chociażby jedyna słodkowodna foka lub Omul. Jest też bajecznie czyste o czym się przekonaliśmy osobiście. Bardzo duże zasługi w eksplorowaniu tych terenów mają także polscy naukowcy. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić wszystkich do pogłębienia wiedzy w tym zakresie. Pobyt na plaży zaowocował nawiązaniem znajomości z uroczymi Buriatkami, które koniecznie chciały sobie zrobić z nami zdjęcie. W zamian  zostaliśmy obdarowani wiankiem białych kwiatów oraz gorącymi uśmiechami. Na trasie doganiamy grupę i okazuje się, że oni też nabrali ochoty na kąpiel w Bajkale, zwłaszcza świeżo oświecony Marcin, więc wracają do plaż, a my jedziemy szukać miejsca na nocleg. Znajdujemy polanę nad samym brzegiem Bajkału i choć pogoda się psuje, zaczyna padać deszcz jest bardzo sympatycznie. Jarek już dawno niczego nie naprawiał, poza spadającym paskiem, więc postanawia przerobić swojego Nissana na wersję EVO 5. W Bulgocie cały czas grzeje się skrzynia na podjazdach i dlatego chce zwiększyć powierzchnie chłodzenia oleju oraz wymienić pasek na nowy. Demontuje miedzianą wężownicę ogrzewania prysznica i przerabia ją na chłodnice oleju skrzyni biegów, a pada coraz bardziej. Dla pokrzepienia i wsparcia robimy po symbolicznych kieliszeczkach. Właściwie to już leje, a my siedzimy pod gołym niebem i piknikujemy, ale przecież nie ma takiej imprezy co by się nie rozeszła, zwłaszcza jak się skończy alkohol. Całe szczęście Jarek kończy i alkohol się też. Idziemy spać.

 

Dzień dwunasty- doliną , brodem i krowim kłopotem

 

Prawie cała noc padało, ale poranek wita nas słońcem. Wszyscy zaczynają dzień od ożywczej kąpieli w Bajkale w promieniach wschodzącego słońca. Bajkał gładki jak lustro, a poranny chłód niweluje różnice temperatur pomiędzy powietrzem, a wodą.


 
 

Jest super aż nie chce się wychodzić z wody. Jarek jedzie wypróbować nową chłodnicę, nad którą pracował przez pół nocy. Gdy nieśpiesznie zwijamy obozowisko w radiu Zibiego słyszymy komunikat, którego treść mrozi nam krew w żyłach - „ ... nie mam skrzyni biegów”. Na naszych twarzach rysuje się wyraz zdziwienia i niedowierzania, przecież automatyczne skrzynie nie psuję się tak same z siebie. Dociera kolejny komunikat - poszczególne biegi zacinają się, a wstecznego nie ma w ogóle, ale wraca na kemp.  W tej sytuacji jazda w teren jest nie możliwa, a wręcz niebezpieczna. Okazuje się, że jego skrzynia zachowuje się identycznie jak nasza, kiedy to na Ukrainie wymienialiśmy zimering i system się zapowietrzył. Analogi jest więcej, tak jak my wtedy, Jarek wczoraj zapowietrzył system. Jeśli tak jest to nie ma dramatu. Trzeba ją tylko przewachlować na tak zwanym piździeju. Następne kilkanaście niepewnych minut przyniesie rozwiązanie. Na całe szczęście okazuje się, że sytuacja się normuje, ale wsteczny nie wraca jak na razie. Jarek postanawia jechać dalej i obserwować sytuację, gdyż dzisiaj jeszcze nie wjeżdżamy w bardzo trudny teren. Andrjej chce nas zabrać do malowniczej doliny Bagruzinu. Zjeżdżamy z głównej drogi na trasę klasy przygoda. I na dzień dobry urywamy mocowanie tłumika wyrywając w rurze otwór 8/4 cm. huczymy jak bombowiec. Jedziemy drogą na północ, a po obu stronach w odległości 3-4 km. wznoszą się góry o wysokości przekraczającej 2200. Ten widok trudno opisać, ja się nie podejmuję, oby zdjęcia oddały ten nastrój. Mijamy zapadnięte mostki, drewniane wsie i brody. 


Szybko okazuje się się mosty na rzekach to nie jest wcale w tym miejscu oczywista oczywistość. Jak do tej pory udawało się nam jakoś przeprawiać na drugi brzeg, ale wszystko się musi kiedyś skończyć. Na nieszczęście i tym razem ta maksyma znalazła potwierdzenie. Główna drogą doliny dojeżdżamy do mostu na bardzo dużej rzece. Z daleka dziwią nas zaparkowane na skraju po obu stronach mostu pojazdy. Przyczyna jest banalna, most nie ma nawierzchni, po prostu spadła i nikt nie uznał za stosowne jej naprawić. Przecież łatwiej i zdrowiej jest zostawić samochód po jednej stronie mostu i spacerkiem przejść się do domu. Czy to nie prostsze rozwiązanie, a przecież zimą rzeka i tak zamarznie. My jednak nie mamy tyle czasu, a nasze domy są dość daleko, jakieś 7000 km. Z Wójciem ruszamy na zwiad. Jeśli nie ten bród to musimy zawrócić jakieś 50 km. Rzeka jest zacna, jakieś 40-50 metrów szerokości, głębokość przekraczająca 2m., do tego brzeg jest zabagniony i stromy, więc nie wszędzie można zjechać. Jest co robić. Brodzimy, z prawej, z lewej na wprost, do tyłu do przodu, wbijamy patyki, oznaczamy pułapki. Po jakiś 30-40 minutach wyznaczamy w miarę bezpieczna przeprawę, która swoją zawiłością przypomina chińską literę połączoną z sudoku. W tym czasie ekipa widząc nasze zmagania podjęła decyzję o zaniechaniu ataku. Ponadto znaleźli alternatywna drogę, może niezbyt pewną, ale ewentualnie znacznie krótszą, warto zaryzykować. Znajdujemy ścieżynkę, na którą nikt przy zdrowych zmysłach by nie zjechał, ale to akurat nie jest mocna strona naszej grupy. Okazuje się, że marna dróżka zmienia się w polny dukt o niemal idealnej nawierzchni. Wciskamy gaz i na budzikach pojawia się wkrótce 80. Te maszyny gnające 80 na godzinę po wąskiej, polnej drodze w promieniach zachodzącego słońca w stronę gór, wokół pustka, to uczucie – to się później pamięta. Trzy zdezelowane mostki i jedną wieś później byliśmy na naszej drodze docelowej prowadzącej do 110. Za jakieś 90 km mieliśmy mieć ostatnia stację benzynową przed wjazdem w teren, a noc mieliśmy spędzić w pobliżu gorących źródeł. W wyniku pomyłki przejechaliśmy ową stację i musieliśmy zawrócić ok 30 km. Tradycyjnie już w tym czasie zapadł zmrok i nie było by to trudnością samą w sobie, gdyby nie krowy. 

Dziesiątki krów są spędzane na noc do wsi, ale nikt nie kłopocze się by zamykać je w zagrodach. Z trudnych do ustalenia przyczyn zwierzęta upodobały sobie spanie na drodze i poboczu. Można wyminąć jedną, dwie a  nawet piętnaście ale nie sto czterdzieści osiem. Dodatkowo nie były one skłonne do współpracy, o przekoro uparte raczej jak osły. Obdarzały nas wiele mówiącym spojrzeniem: czego wy tu duracy szukacie my już śpimy. Ostatecznie siła rozumu i klapsów zwycięża nad cielęciem i przebijamy się do upragnionej stacji. Każdy dokonuje obliczeń ile musi zabrać paliwa na 300 km bezdroży. My w różnego rodzaju zbiornikach i baniakach oraz uprzejmości Franca,

 zbieramy w drogę 215 litrów benzyny 92 oktany, na tej stacji jest już tylko taka oraz 45 litrów gazu – jako żelazną rezerwę. Szacujemy, że w ternie spalimy 35-40 l na 100 km. więc powinno wystarczyć. Na miejsce kempu  przeprawiamy się przez rzekę Bagruzin. Głęboko i szeroko, ale poszło gładko. Jak się potem okazało nie był to ostatnie spotkanie z tą rzeką, ale dziś dała się poznać z dobrej strony, niczym panna na wydaniu. Czy jak i ona dopiero później pokaże różki?

Są! ONE wróciły, i nękają bezlitośnie.






Dzień  trzynasty – są błota, jest robota


Bagruzin to brama do piekieł, to granica pomiędzy światem
 żywych i umarłych. To właśnie ta rzeka oddziela nas legendarnej trasy 110. 200km drogi która powstała na potrzeby budowy Bamu prowadzi przez dziesiątki rzek, bagien, spalonych mostów - odcięci od jakiejkolwiek cywilizacji. Jeżeli tam wjedziemy możemy liczyć tylko na siebie, nikt nam nie pomoże. Żaden z Polaków jeszcze nie podjął się eksploracji tego terenu, a nieliczni rosjanie, odwiedzający to piekielne miejsce z wielkim respektem opowiadali nam czego można się spodziewać.  

 

Tomek przygotowuje śniadanie, ja przepakowuje auto tak aby  elektronika była pod dachem.  Tym razem spakowaliśmy się w skrzynie tak aby być gotowym do zanurzenia kierownicy z zegarami. Wyprowadzam węże przez szyberdach, zostały podłączone do pomp zęzowych które mamy na pokładzie. Łódź gotowa do zanurzenia. Franc z Zibim pojechali nad Bagruzin wytyczyć  przeprawę. My rozglądamy się nad innym rozwiązaniem. Ostatecznie jedziemy na główny przejazd. Przed nami stu metrowa rzeka z wartkim nurtem, przy brzegu widać ślady Urala. To właśnie te potwory przeprawiają śmiałków na drugą stronę. My ambitnie  chcemy zrobić to sami. Po dwóch godzinach wytyczania trasy Franc z Zibim przebijają się na drugą stronę. O mały włos  nurt porwał by Franca kiedy szedł na rekonesans.

Teraz nasza kolej, powoli płyniemy po wyznaczonych tyczkach, kluczymy od prawej do lewej.. Jedno przegłębienie za drugim woda na szczęście sięga do połowy drzwi nie ma tragedii. Pompy zenzowe cały czas w gotowości, ale tym razem ich złowrogi dźwięk nie dotarł do naszych uszu. W kabinie jest tylko trochę wody. Jesteśmy -  w świecie ciemności w Światowym Rezerwacie Biosfery.

Bagruzyński Rezerwat to raj dla miłośników przyrody, jako ciekawostka w liczbach - 850 gatunków roślin, 39 gatunków ssaków i ponad 260 gatunków ptaków. Góry, rzeki gorące źródła jednym słowy raj.

Jarek oczywisćie nie byłby sobą jakby czegoś nie naprawiał, dlatego tym razem wymontowuje wakum pompę, którą mu regenerowano w irkucku, uszkodzone łożysko padło definitywnie.

200 metrów od brzegu podjeżdżamy do szlabanu. Tutaj w domku strażników musimy opłacić 250 rubli za osobę za możliwość wjechania na teren Rezerwatu. Przy okazji dostajemy ostrzeżenie przed niedźwiedziami i wzmożoną ilością żmij, dlatego kalosze stają się naszym codziennym obuwiem.

Ruszamy, nasza ekipa w sposób naturalny podzieliła się na dwie grupy. Tak jest łatwiej, nie trzeba ciągle na kogoś czekać, a z drugiej strony obie grupy są bezpieczne i pozostają w łączności radiowej. Ja z Tomkiem, Jarek z Kasią i 

Mariusz z Anią jedziemy razem i podziwiamy rozciągające się widoki. Jest pięknie, tajga rozciąga się po horyzont na tle którego widać piętrzące się Bagruzińskie góry. 

Droga w miarę równa, co jakiś czas przebijamy się przez stare mostki gdzie niestety bale wypadają. Każdy mostek to pełne skupienie, wszyscy pomagają i asekurują każde auto. Co jakiś czas asekuracja wymaga lebiotki (wyciągarki). 

Na dziś mamy plan przejechać 80km  to odległość która pozwoli nam wyjechać z tej części rezerwatu. Jeżeli nie opuścimy go w ciągu 24 godzin dostaniemy karę.    Godzina 17, 10km pięknych widoków za nami. Godzina 19, 30km za nami

Planowany dystans chyba jest realny. Mimo że cały czas jedziemy na reduktorach przemieszczamy się w miarę szybko średnio 10km/h.  W takim tępie w nocy opuścimy rezerwat. Tak przynajmniej się nam wydawało. W radiu słyszymy głos pierwszej ekipy, „ciągnij ciągnij jeszcze raz” to komendy dobrze znane nam z rajdów i zwiastun tego, że miła krajoznawcza droga dobiega końca. 

Przed nami droga z wielką kałużą, szturman idzie na zwiad. Dochodzi do poziomu metr dwadzieścia i się cofa bo wodery dalej przechodzą w tryb napełniania. Z lewej strony widać ślady. Jarek przodem, wibja się tak daleko jak może. Lina, przedłużka, przeciąga się na drugi brzeg . Teraz ja, dojazd, lina, brzeg. Kolej na Mariusza. Ta niewielka przeszkoda zabrała nam godzinę czasu. To źle wróży. Kilka dziesiąt metrów dalej znowu to samo kolejna godzina. Średnia prędkość diametralnie nam spadła. Jarek jedzie pierwszy bo nie ma wstecznego biegu więc ja go w razie czego cofam, u nas przerywa przedni napęd więc się uzupełniamy. Znowu w radiu słychać  „stoję na dębowo, ciągnij”  to kolejny głos ekipy penetrującej. 


Około 3km dalej dojeżdżamy, Przed nami dantejska scena. Widok jak z rajdu w extremie o 11 w nocy. Widać trzy nasze auta wklejone w bagnie  bez ruchu,  Ural którego gigantyczne koła zwisają obok mostku z którego spadł podczas przejazdu. Duży most którego filary są zawalone. Franc krzyczący podaj linę. Chwilę zajęła nam analizy sytuacji. Raport – Franc urwał mechanika stoi , Zibi nie ma wyciągarki stoi. Hinek zatopił auto po maskę. Jest słabo. Jarek powoli przeprawia się na druga stronę, wyjmując Zybiego. Podczas próby wyjmowania Franca Patrol ląduje na boku. Jarek przez zblocze prostuje Gienryka (auto Franca) ja odciągam je do tyłu aby stanęło prosto. Powoli opanowujemy sytuację. O 4 rano kończymy nieuczciwą walkę. Trasa 110 zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze, 2 km dalej  dostajemy się na pobliskie miejsce do kampu nad strumykiem. Wszyscy natychmiast idą spać.

Pozwolę sobie uzupełnić relację Wojciecha z tego dnia. Dla mnie piekło zaczęło się rano, a skończyło też rano. Ja dzień zacząłem od naprawiania przedziurawionej dnia poprzedniego rury wydechowej, praca z owijką wydechu pozwala odkryć co to znaczy swędzi i jakie są jego kolejne wymiary. Włókno szklane podrażnia skórę, oczy i gardło – cudownie. Gdy inni zażywali porannych kąpieli, ja korzystałem z tarzania się w porannej rosie. Ostatecznie za pomocą dwóch puszek i silikonu zakleiliśmy dziurę. Kiedy skończyłem te zabawy inni mieli już takie ciśnienie na jazdę, że nawet nie mogłem się umyć. Potem już było tylko ciekawiej. Bardzo szybko moje poranne życzenie o myciu zostało spełnione z nawiązką. W miejscu wjazdu na kemp Bagruzin to miła rzeka

a, kilka kilometrów dalej to dziki potok, a tu właśnie musieliśmy się przez niego przeprawić by wjechać na 110. Co prawda Wujcio z Zosią wykonali mokrą robotę i wyznaczyli przejazd, ale i tak 20 minutowy spacer po pas w strumieniu, którego temperatura wody wynosi 6 stopni to czysta przyjemność, a jest on nieunikniony dla szturmana. Przynajmniej nogi przestały mnie swędzieć, bo przestałem je czuć. Jak mówi przysłowie czym dalej w las tym straszniej, gdy tylko powróciło mi krążenie, trzeba było wbijać się w wodery i tak zostało już do rana. Właściwie po pewnym czasie było to bezzasadne ponieważ około 22 zaczął padać deszcz i padał, lał, siąpił, mżył, zacinał i...., a kiedy wszyscy myśleli, że już za chwilę przestanie on nic sobie z tego nie robiąc padał dalej nieśpiesznie i konsekwentnie, aż do rana. Siłą rzeczy wszyscy szturmani i osoby nas wspomagające były po pewnym czasie mokre choć stan rzeczy oddawało by precyzyjniej - utaplane od deszczu i bagna, w którym toczyliśmy ten nierówny pojedynek. Nie jedna osoba w szale zmagań wywinęła front flipa lub podwójnego tulupa, a lądowanie nie zawsze kończyło się klasycznym telemarkiem. 

Osobiście zaliczyłem figurę, którą trudno mi sklasyfikować. Wpadnięcie jedną nogą do półtorametrowej rozpadliny i chlapnięcie centralnie twarzą w bagnisty żur gdy w rękach trzymasz linę musi być zabawne, nawet dla nieszczęśnika gdy tylko ochłonie. Ostatecznie wody w woderach miałem pod dostatkiem, ale to była już moja własna woda ciepła i oswojona. Scenka rodzajowa wyglądała tak: akt pierwszy, scena pierwsza, czas akcji – sierpień 2013, deszczowa noc; miejsce akcji – Syberia, rezerwat bagruziński. Oczom widza z ciemności wyłania: się drewniany mostek zwinięty przez kraza z winowajcą po środku, po prawej od niego Gienryk błagalnie wznoszący swe reflektory w niebo, choć to nie Orkiestra Świątecznej Pomocy i jej  światełko do nieba. Utknął w wąskim i stromym korycie strumienia prawie w pionie, zapierając się tylnym zderzakiem o dno, a przednimi kołami fikając w powietrzu. Kilka metrów za nim wbity w mułakę do połowy drzwi Zibi, Janek czeka i nawet nie drgnie przed rzeczką, nie ma szans przejechać o własnych siłach z tak małym prześwitem w swoim samochodzie. Po prawej stronie bezkresna łąka po lewej ściana lasu oddalona niestety jakieś 50 metrów, a pomiędzy torfowisko z mchem po kolana. Słupy świateł  reflektorów płaczą deszczem. Prawie bajka, z tym że ona czekała na nas, a los przypisał nam rolę królewicza, a ja raczej poczułem się jak Shrek. Jakieś sześć godzin i 10 kilometrów później rozbiliśmy kemp. Dobranoc, nie wiem nawet czy były komary.

 

Straty:

Patrol Franc – schodzi powietrze z koła, urwany mechanik, powyginane mocowania sprężyn, urwane odboje. Brak tylnej wyciągarki

Land Rover Mariusz – urwana półoś i przegub, Luzy na przegubach i  krzyżaku wału,

Toyota Zibi – brak prądu brak przedniej windy, schodzi powietrze z koła

Patrol Jarek – Rozbite tylne lampy, uszkodzona wakum pompa, duży pręt w kole

Hinek Janek – motor na kępie nie odpala

Explorer – Wojtek lekki luz na maglownicy.

 

Dzień czternasty – do czterech razy sztuka

 

Wczorajsza noc wszystkim dała się we znaki i ludziom i maszynom, ale przecież to początek i to ten łatwiejszy, a już mieliśmy samochód na boku. Franc z Zibim zbieraj się szybciej i jadą nad  rzekę szukać brodu bo znowu mamy przekraczać Bagruzin. W radiu słyszymy, że ani Bagruzin ani nasi chłopcy nie odpuszczają. W końcu i my docieramy do miejsca, to jakieś 600 metrów od  miejsca naszego poprzedniego obozu,  gdzie zazwyczaj przekracza się tu rzekę, ale nie tym razem. Stan wody jest bardzo wysoki ponad 1,3 m, a nurt wartki i bystry jak prezes Mensy. Panowie nadal walczą w terenie, ale w komunikatach słychać coraz bardziej pobrzmiewającą nutę zwątpienia, rozczarowania i rezygnacji. My próbujemy znaleźć bród w górę rzeki, ale szybko odkrywam  urwistą skałę odcinającą przejazd – tędy na pewno nie. Wszyscy zjeżdżają na plażę i po krótkiej naradzie zapada decyzja – czekamy albo opadnie woda albo zjawi się jakiś rosyjski wehikuł i przeprawi nas na drugi brzeg. Na dzisiaj się najeździliśmy. Rozbijamy obóz na rzecznej plaży, Janek z Michałem jadą nazbierać drewna na ognisko. Stawiam wodowskaz z patyka by móc monitorować poziom rzeki, przecież nie ma pewności, że zacznie opadać może również wzbierać. 

Całą dolinę otaczają wysokie góry, a pogoda jest bardzo chwiejna. 

Zostaje po raz pierwszy podjęta próba złapania ryby na wędkę, tu ponoć ryby same miały wyskakiwać na brzeg gdy zobaczą człowieka, z ciekawości rzecz jasna, by go obejrzeć. Widocznie jednak akurat żadnych ciekawskich ryb nie było. Wreszcie jest czas trochę się ogarnąć. 




 
Biwakujemy, woda nie opada i nic nie jedzie. Czekamy i odpoczywamy po wczorajszym. Jest okazja by podreperować samochody. My z Wojtkiem próbujemy znaleźć przyczynę nie zawsze załączającego się przedniego napędu. Mariusz w Landku ma poważną naprawę wymienia: połamaną półoś i zmielony przegub prawego przedniego koła, likwiduje luzy na pozostałych osiach. Zibi w Toyce naprawia przednią windę i odzyskuje prąd po wymianie regulatora napięcia. Gienryk ma najwięcej ran do wylizania. Stracił wczoraj gniazda sprężyn, oderwały się od ramy, groziło to przebiciem się ich do wnętrza samochodu, a tego nie życzyli by sobie pasażerowie z tyłu. Za pomocą piły spalinowej wycinają dwa drewniane klocki i mocują je pasami transportowymi w taki sposób by wyeliminować całkowicie pracę tylnego zawieszenia. Inwencji i pomysłowości wymagała próba przywrócenia do życia wyciągarki mechanicznej. Zniszczeniu uległy krzyżak bębna wyciągarki. Używając dwóch nakrętek i drymelka  Franc z Zibim dokonali precyzyjnej obróbki metaloplastycznej i wyprodukowali miseczki do krzyżaka. Jeszcze Zośka odprawiła buddyjskie modły do rzeki by ta była dla nas łaskawa i tak minął dzień. Jutro też czekało nas czekanie.


Dzień piętnasty – czekamy....

 

Przez noc woda opadła o 15 cm. To dało nam nadzieję na pokonanie rzeki. Jarek i Wujcio przyodziali się w pianki i podjęli próbę wyznaczenia brodu. W miejscu gdzie biwakowaliśmy okazało się to niemożliwe. Nurt był zbyt wartki i gdyby nie Wujcio Jarka porwała by woda. Ponieważ nie mieliśmy nic innego do roboty postanowiliśmy wybrać się z ekspedycją w poszukiwaniu przeprawy. Wyruszyliśmy w czwórkę Wujcio, Jarek, Wojtek i ja. Zabraliśmy oczywiście niezbędny ekwipunek - jedną linę, uprząż i optymistyczny nastrój. Po blisko czterogodzinnym spacerze po chabaziach, łąkach i rzece udało nam się wyznaczyć w miarę bezpieczny przejazd przez rzekę. Plan przeprawy wymagał kartki i po ukończeniu wyglądał jak zapiski generalicji z ataku na Stalingrad: strzałki, kreski, tu łacha,  tu głaz, tu jama. Z brzegu na wyspę kamieni, potem z jednej wyspy na drugą, potem strumieniem w górę, na skarpę i hop jesteśmy na drugiej stronie. Sam przejazd brodem, choć nie łatwy nie budził naszych obaw, jednak dojazd do niego mógł nas kosztować wiele wysiłku i stresu. Na odcinku około 3 kilometrów trzeba było pokonać kilka trudności, ale najważniejsze, że mamy jakąś alternatywę. Forsowanie rzeki zostawiamy sobie na jutro bo nie będzie to kaszka z mlekiem, a zrobiło się późne popołudnie. Do teraz woda opadła o kolejne kilka centymetrów, więc szansa będzie. Każdy krząta się i zajmuje własnymi sprawami.

Ja z Anią idziemy zdobyć pobliskie wzgórze. Wdrapujemy się skalnym gruzowisku, które porośnięte jest mchem o grubości ponad 40 cm. Idzie się jak po wysokiej puchowej kołdrze. Jak to zwykle bywa z niewielkimi wzniesieniami okazują się one nie aż tak niewielkie. Jakoś tak się dzieje, że wierzchołek jest już tuż tuż, za następnym przewieszeniem i tak kilka razy, ale idziemy dzielnie. Niestety nie sami, towarzysza nam tysiące obudzonych meszek, a może i miliony. One czekały kilka pokoleń aby zobaczyć człowieka żywego i spróbować tego legendarnego przysmaku. Przetarcie czoła lub karku w brutalny sposób przerywa życie kilkudziesięciu meszek, ale one nie bacząc na to stale uzupełniają swoje szeregi.
Te zwierzęta kochają człowieka zawsze chciały go mieć i o tym spotkaniu będą opowiadały swoim pra, pra pra pra wnukom, albo i dalej. Jeśli ktoś chce mieć dużo, bardzo dużo małych zwierzątek, które zostaną z nim na dobre i złe to zapraszam tutaj. Wszystko to wynagradza nam widok na dolinę meandrującego Bagruzinu w promieniach zachodzącego słońca. Wtem cisze przerywa sygnał okrętowej syreny. Łatwo sobie wyobrazić, że moje zdziwienie jest raczej spore. Jednak szybko  Ania wyjaśnia mi, że mają taka trąbeczkę zamontowana w swojej Landrynce i to zapewne Mariusz „bije” na alarm, więc w te dyrdy schodzimy na dół. Okazuje się, że w tym czasie do przeprawy przyjechał gaz, z którym to Marcin umówił nas na hol. Przeprawi nas na drugą stronę jak odwiezie  geologów, którzy w pobliżu pracują. Ma wrócić po nas za 30 minut. Czas przyśpiesza, wszyscy chowają bambetle, mokre prania i inne szpargały, a mobilizacji nie ułatwia element baśniowy, który to wprowadzaliśmy wytrwale i sukcesywnie do krwiobiegu przez cały dzień.  Mimo wszystko udaję się nam spakować i to niestety przed czasem. Niestety jest tu kluczem. Ponieważ gaz jeszcze nie ma, a my już gotowi, w niektórych głowach do głosu dochodzi ułańska fantazja, bo przecież on przejechał do tego pokazał nam którędy. To co my nie damy rady, a więc frontalny atak. Zibi przypięty do mechanika Franca, który ma go asekurować z tego brzegu, ostro wjeżdża do rzeki i już prawie jest na drugim brzegu kiedy traci trakcję. Na domiar złego lina wchodzi mu pod błotnik. Trzeba ratować sytuację, więc Ewa wychodzi przez okno do lodowatej i rwącej rzeki aby uwolnić linę. Jest już prawie ciemno. Nikt z nas nie może im pomóc, bo prąd jest za silny aby próbować przejść rzekę. Ewa uczepiona jedna ręka samochodu, by nie porwał ją nurt, druga szarpie się z liną. Samochód stoi w wodzie po klamki, a więc wszystko mają w środku mokre. W końcu po paru groźnie wyglądających chwilach udaj się uwolnić linę. Teraz Fran może ich lekko szarpnąć by zaciągnąć ich z kamienia, na którym zawiśli. Gienryk naprężą linę i Zibiemu udaje się odzyskać napęd. Próbuje wyjechać na brzeg i aby to zrobić musi ostro nacisnąć na gaz bo jest stromo pod górkę. W całym tym zamieszaniu zapomina o tym że jest podpięty do wyciągarki Marcina, która jest zblokowana na wyciąganie i nikt jej nie wyluzował. Wciąga więc Gienryka, ustawionego bokiem do rzeki w jej nurt. Sytuacja ponownie staje się dramatyczna. My rzucamy się w ubraniach do rzeki by wyluzować wyciągarkę. Marcin klnie wniebogłosy na cały świat z tendencją ku Zbyszkowi, ale nie do gruchy, której oczywiście nie może teraz znaleźć tylko w przestrzeń, więc Zibi o niczym nie wie bo nie słyszy. Wszystko toczy się błyskawicznie. Zanim Marcin nawiązuje kontakt radiowy ze Zbyszkiem nam udaje się odpiąć wyciągarkę, jednak w tym czasie Gienryk zostaje prawie przewrócony w rzec na bok. Cała siła szła na przednie prawe koło, które ucierpiało już dwa dni wcześniej przy przewrotce, Wskakujemy na próg i podpinamy Marcina do Bulgota. Wspólnie  udaje nam się postawić Gienryka na cztery łapy. W tym czasie przyjeżdża nasz umówiony Gaz . Pan nie wygląda na szczęśliwego widząc Zbyszka na drugim brzegu i wycofującego się Marcina. Na wstępie informuje nas, że bez względu na to ile będzie przeprawiał samochodów stawka jest stała. Chciał nie chciał decydujemy się na opłacenie Charona. Pierwszy płynie Marcin. Wszystko idzie sprawnie gdy nagle widzimy jak Gienryk wyskakuje przednimi kołami przynajmniej metr w górę chwilę później powtórka na tylnych kołach. Nie możemy w to uwierzyć bo wiemy, że nie może to nie mieć konsekwencji. Nie mamy jednak ani czasu ani możliwości tego sprawdzić bo za chwilę sami się przeprawiamy. Cały przejazd na sznurku trwa zaledwie około 20 sekund, ale emocji jest co niemiara. Po kilkunastu minutach wszyscy lądujemy na drugim brzegu. By być skrupulatnym dodam, że Gaz umówiony był na 6000 rubli (600 PLN) za sześć maszyn.

Regulujemy i w najbliższej okolicy znajdujemy kemp. Wiemy, że Gienryk krwawi. Zbiera się konsylium. Szybko stawiają diagnozę. Wszystkie ledwie zabliźnione rany otworzyły się ponownie oraz doszły nowe obrażenia. Dodatkowo połamane zostały wahacze i pogięte drążki. Jest już ciemno, że oko wykol i nic już dzisiaj nie zrobimy. Zapalamy ognisko i ku pokrzepieniu umęczonych dusz i zmarzniętych ciał zażywamy co nieco miodku. Marcin wyciąga gitarę i robi się bardzo sympatycznie. Długo bawimy się przy ognisku choć załoga Gienryka ma od rana nie mało roboty. Będzie to raczej przypominało resuscytację krążeniowo – oddechową niż rehabilitację.

 

Dzień szesnasty – trudna decyzja

Wujcio jest głównym żywicielem tutejszej społeczności. 

Budzą nas trzaski remontowanego Gienryka. Od świtu Zosia z Marcinem w asyście Zbyszka próbują przywrócić sprawność samochodu. Smacznymi wiktuałami wspomaga ich Wujcio. Śniadanie, poranna kąpiel i jesteśmy gotowi. Ruszamy. Niestety już po przejechaniu pierwszego stromego podjazdu jakieś 1500 metrów dalej samochód – cepelja (na drewnie i sznurkach) rozpada się. Cały wielogodzinny trud idzie na marne. Nie to jest jednak najgorsze. Do wszystkich dociera fakt, że Gienryk dalej nie może jechać w takim stanie i jest mu potrzebna fachowa naprawa spawarką, a jesteśmy około 80 km od ostatniej wsi po dwóch przeprawach Bagruzinu. Jeśli wszyscy wrócimy to miną kolejne 3-4 dni nim  znajdziemy się w tym samym miejscu, a i tak nie ma żadnej pewności, że Patrola da się naprawić tak by mógł zmierzyć się ze 110. Niestety wszyscy czują presję czasową bo już mamy 3 dniowe opóźnienie, a to przecież dopiero początek naszych zmagań na bezdrożach i nikt nie wie co czeka nas dalej, a prolog okazał się trudny. Jedną z największych trudności tutaj jest brak możliwości komunikacji, nie działają tu żadne telefony poza satelitarnym, który posiada Wojtek. Za jego pomocą Andriej próbuje załatwić jakiegoś Urala do ewakuacji. Niestety po kilku godzinach oczekiwania dowiadujemy się, że udało się jedynie załatwić samochód z odległego o ponad 300 km miejsca. To oznacza, że koszty byłby ogromne. Muszą wrócić, ale jak. Na razie o tym nie rozmawiamy, ale każdy zaczyna zastanawiać się nad dalszym losem wyprawy. Choć rozmowa ta jest nieunikniona odkładamy ją na później. Z sytuacji, w której się znaleźliśmy nie ma dobrego wyjścia, no i mamy klasyczny grecki dramat - Antygona jak się patrzy. Presja rośnie z każdą chwilą. Kto by przypuszczał, że wakacyjna przygoda postawi nas przed takimi dylematami. Marcin podejmuje odważną decyzję – on i Zosia wracają na kołach. Trudno to sobie wyobrazić przecież po wielogodzinnej naprawie nie udało im się przejechać 1500 m, a mają pokonać 80 km i przeprawić się przez rzekę, ale innego rozwiązania nie ma. W tej sytuacji trzeba było rozwiązać jeszcze jedną sprawę natury logistycznej. Do tej pory Gienryk był również macierzystym pojazdem Andrieja i Wujcia, więc teraz trzeba ich prze okrętować. Tylko samochody Zibiego i Janka mają tylne kanapy więc Andriej wsiada do Zbyszka, a załoga Janka zyskuje drugiego szturmana Wujcia. Na dobrą sprawę nie wiemy czy uda nam się jeszcze spotkać, bo ile czasu zajmie Gienrykowi powrót do cywilizacji, jak zostanie naprawiony i czy 110 można pokonać w pojedynkę, a jeśli nawet tak to czy mają szansę nas dogonić. Wszyscy mamy nadzieję na rychłe spotkanie i że uda im się pomyślnie naprawić. Toniemy w uściskach i życzymy im powodzenia. W asyście Zibiego Gienryk wraca nad Bagruzin. My w najbliższej okolicy szukamy miejsca na kemping. Rozpalamy ognisko, ale po 10 minutach wszyscy się rozchodzą, cóż atmosfera raczej daleka jest od radosnej. Nieobecność Zochy i Marcina bardzo zubożyła naszą grupę pod wezwaniem przygody. Nawet nie wiem czy były komary.

 

Dzień siedemnasty – błotne jamy, brody, kamienne zbocza,,, czy to już wszystko co dla nas masz?

 

Bez ceregieli zwijamy obóz i jak nigdy o ósmej wszyscy są gotowi. Trudno powiedzieć skąd wziął się ten bojowy nastrój w drużynie. Czy chcemy wziąć odwet na 110 za nasze straty i udowodnić, że weźmiemy ją z marszu. Przecież natura na nas nie czyha, nie chce nam udowadniać naszych słabości ona je tylko bezlitośnie obnażą, pokonała nas nasza pycha i zbyt duża ufność w nasze cywilizacyjne zabawki. Szybko okazuje się, że wszyscy wyciągnęli wnioski z udzielonej nam lekcji pokory.


Nikt nie oponuje kiedy raz za razem wychodzę z samochodu, zakładam wodery by sprawdzać kolejne jamy z błotem, niekiedy długie na 50 m i głębokie, po cycki. W tym brodzeniu intensywnie wspomagają mnie Jarek, Wujcio i Michał. Mozolnie wyznaczamy kolejne przejazdy. Ten po prawej, ten na dzigitę, a ten taśtasiem po grzbiecie.
Niekiedy wyznaczamy całkowicie nowe obwodnice kałuż przez las lub łąkę. Szturmani dwoją się i troją. W ruch idą maczety i siekiery, wyciągarki trzeszczą, błoto bryzga. 
Wcześniej czy później, każda z załóg utyka w którejś z mułak, wystarczy chwila nieuwagi. Znowu pojawiają się problemy techniczne, Janek traci wyciągarkę. Stalowa lina nawinięta na bęben jest zbyt gruba i nieprawidłowa nawija się co w konsekwencji powoduje ścięcie śruby mocującej. Jest to poważny problem ponieważ ich samochód ma najmniejszy prześwit i nader często utyka w błocie. Teraz za każdym razem Janek musi mieć saport Zibiego lub Jarka. Zmaganie te wydają się nie mieć końca. Cały czas jedziemy w górę, otacza nas bezkresny modrzewiowy las. Przecinamy kolejne rzeczki i strumienie. Tutaj prawie nie ma już żadnych mostów. Co ciekawe wiele z nich jest spalonych, czyżby komuś brakowała drewna na ognisko? To zaiste ciekawe bo jeśli patrzę przed siebie to nie dalej niż 3-4 m mam las, no chyba, że do zakrętu jest dalej, w lewo do ściany lasu mam przerażający dystans 1-1,5 m, to może w prawo i.... moje zdziwienie sięga zenitu tu to samo co po lewej, no może jakieś 18 cm dalej. I tak już od ponad 100 km. Trudno jest obrócić się na pięcie by nie wpaść w drzewa. Kto by się tyle gimnastykował i chodził po drewno na ognisko, lepiej spalmy most. Droga ta powstała jako dojazdówka (200 km.),


podczas budowy BAM-u w latach osiemdziesiątych i od tego czasu właściwie nie prowadzone były żadne remonty techniczne. W wielu fragmentach przypomina polną drogę z tym, że na końcu nie ma mostu, a jak woda wypłucze w niej półtorametrową wyrwę to ona tam jest i co najwyżej może się powiększyć. Prawie trzydziestoletni brak jakichkolwiek remontów, górski teren i specyficzny klimat zrobiły swoje – stworzyły legendę off-roadu i nadal nad tym uparcie i cierpliwie pracują. Czym dalej jedziemy tym droga robi się ciekawsza, a właściwie by być precyzyjnym powinienem powiedzieć, że robi się ciekawiej. Pierwszy odcinek 110, do drugiej przeprawy prze Bagruzin z tej perspektywy był prawie doskonały, bo w ogóle był. Teraz coraz trudniej to nazwać drogą. Po około 6 godzinach jazdy docieramy do 110 km 110. Jest tu wkopany słupek, na którym zdobywcy tego punktu zostawiają swoje autografy.


W pakiecie obowiązkowym są również zdjęcia, tak i my również czynimy. Połowa trasy za nami. Wstępuje w nas nowy duch choć wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jeszcze sporo trudności przed nami. Czym dalej i wyżej znikają błotne jamy. Nareszcie bo dość już miałem zakładania i zdejmowania woderów, a długa jazda w słoneczny dzień i dość intensywny wysiłek fizyczny nie idą w parze z komfortem ich użytkowania. Błoto zostaje zastąpione przez liczne strumienie i rzeki. Niektóre całkiem trudne.


Szybko przesuwa nam się skala oceny trudności i woda powyżej kolan nie robi już na nikim wrażenia. Wszystkie rzeki są krystalicznie czyste i zimne. Do tej pory zaopatrywaliśmy się w wodę pitną w sklepach, ale po pierwsze jej zapasy szybko się kończyły, a po drugie rzeczki, które mijamy po drodze zachęcają nas swym szeptem byśmy z nich skorzystali. Trudno się oprzeć takiej pokusie. Niektórzy jeszcze uzdatniają ją jakimiś specyfikami, ale to raczej zbędny trud. Wyznaczony na dzisiaj, z dużą dozą nieśmiałości cel osiągamy o młodej godzinie i po szybkich konsultacjach decydujemy jechać dalej. Mamy jeszcze 2-3 godziny słońca i siły, więc szkoda dnia. Dojeżdżamy do sekcji kamiennej w przełomie rzeki. Wszyscy na nią niecierpliwie czekają. W świadku offowym krążą o niej niesamowite opowieści, a niekiedy wręcz legendy. Zaraz przyjdzie nam je zweryfikować i zmierzymy się z tym mitycznym stworem.



Trzeba przyznać, że widok jest zapierający dech w piersiach oraz pobudzający wyobraźnię. Po lewej urwiste, kamienne koryto rzeki, po prawej wysoka grań i rumowisko na zboczu, a my jedziemy wąską skalną półką, niejednokrotnie ostro trawersującą.  Skaczemy samochodami z głazu na głaz, niekiedy odwalamy jakąś pecynę, rzeka meandruje w dole a my po rzece kamieni.
Trudno dokładnie określić jaki długi był ten odcinek, około 1000 m, na pomiary nigdy w danym momencie nie ma czasu. W końcu miła odmiana na tej trasie, sucho po kamieniach. Wszyscy korzystają z okazji by zrobić fotki, zwłaszcza że jest to bardzo charakterystyczne miejsce. Cała sekcja kończy się przejazdem przez dwa nader wartkie i szerokie strumienie i już się nacieszyłem suchymi ubraniami. Oczywiście da się ostrożnie brodzić przez 5 czy 10 minut po wodzie by nie zamoczyć sobie rzeczy, ale układanie rzeki przez 20-30 minut tak by stworzyć w miarę bezpieczny przejazd wyklucza się wzajemnie. Po przerzuceniu 1 682 kamieni, 52 pecyn, zwanych potocznie kur...mi (podejrzewam, że nazwa ta ma coś wspólnego z chęcią zatrzymania przez nie jadących pojazdów) i 14 728 kamyków o łącznej masie równej masie księżyca oraz zmoczeniu całej garderoby, już chyba po raz trzeci dzisiejszego dnia, poczułem się usatysfakcjonowany. W tym tytanicznym przedsięwzięciu inżynierii wodnej wspierała mnie dzielnie szturmanka Ania. Matka Natura postanowiła, że tędy ruch kołowy wstrzymuje, a my przejechaliśmy.
 Niezmiernie szybko przyszła mi refleksja, że mój wysiłek nie jest niczym nadzwyczajnym w tym miejscu i moja praca anonimowo bo anonimowo nie będzie sławiona przez kolejne ekipy chcące tędy przejechać, a w szczególności ich pilotów. Zapewne nie jako pierwszy jak i nie ostatni zmieszałem tu swój pot z wodą – na chwałę żywiołów. Przecież to co z takim mozołem zrobiłem, zniknie po pierwszym dużym deszczu kiedy woda wzbierze. Siła z jaką płynie wody niech zobrazuje fakt, że kamienie rzucane z brzegu, w celu zasypania jam, o masie ok.1,5 – 2 kilogramy były porywane przez nurt i przenoszone po 2-3 m od miejsca przeznaczenia, czyli z mojego mokrego punktu widzenia w cholerę. Choć było by to rozwiązanie nie dam przecież rady zasypać tej rzeki całej. Wystarczyło unieść głowę i rozejrzeć się by skonstatować, że dzisiaj mamy szczęście – BINGO. Rzeczki płyną tylko ¼ szerokości swojego koryta, a porozrzucane wokoło połamane pnie drzew, wypełniają je niemal całe tworząc krajobraz którego nie powstydził by się magazyn bierek po eksplozji. 

Cienie się gromadzą, a pogoda im wtóruje i znad pobliskiego szczytu nadciąga burza. Źle to wróży naszemu noclegowi, przypomnę śpimy pośrodku rzeki i to górskiej, którą trudno nazwać psim siurem. Większość załóg śpi w samochodach, czyli mają 1-1,1 m zapasu plus 20 cm wysokość wyspy. My w namiotach popłyniemy jak rzeka wzbierze o 30 cm. Nie ma ryzyka nie ma zabawy, przecież skutki nie są tak przewidywalne jak w przypadku popicia bigosu mlekiem więc … akcji ewakuacyjnej nie podejmujemy, zwłaszcza że ognisko już się pali. Mostem zajmiemy się jutro. Zlaliśmy jeszcze około pół litra oleju więc smarowanie było. Noc zapowiada się chłodna i mokra, także co począć trzeba przeciwdziałać. Kilka stakanków wzmacniacza bezwzględnie nas wzmacnia i jako skutek całkowicie uboczny, ale pożądany poprawia również samopoczucie. Rozmawiamy o dzisiejszym dniu i planach na jutro. Może dzisiajanie była to kaszka z mleczkiem, ale na legendę to trzeba zasłużyć. Pozostało nam około 40 km trudnego terenu, potem podobno 100 km szutru i jesteśmy na BAM-je.. Tam ma być już z górki, choć prawie 1000 kilometrowej. Wracamy do sytuacji Zosi i Franca, życząc im po raz kolejny powodzenia . Być może jutro, gdy wyjedziemy ze 110 uda nam się z nimi skontaktować. Czas spać, a ONE bez wytchnienia i bez wstydnie na nas żerują.Jesteśmy już zmęczeni, 11 godzin jazdy robi swoje. Przejechaliśmy więcej niż zaplanowaliśmy, samochody bez większych usterek, jest dobrze. Znajdujemy miejsce na rozbicie obozu. Znowu mamy szczęście, tym razem będziemy spać na kamiennej wyspie w korycie rzeki otoczeni przez górskie szczyty. Rozbijamy jeszcze bambetle gdy z krótkiego rekonesansu po okolicy wraca Zibi twierdząc, że do miejsca naszego obozu prowadzi złowieszczy ślad – olej na drodze! Świeży! Jeszcze ciepły! Wszyscy jak za dotknięciem magicznej siły patrzą pod swoje maszyny. Na kogo wypadło na tego bęc. Chwila niepokoju i mamy  pechowca – to my! O rzesz orzeszku! Most cały, o dziwo brakuje korka, nie ma więc tragedii. 
Tylko kiedy zaczęliśmy wyciekać. Na pewno całkiem nie dawno, bo po sekcji kamiennej sprawdzałem most i wszystko było ok. Stamtąd nie przejechaliśmy więcej niż 3-4 kilometry, więc kiedy? Prawdopodobnie straciliśmy korek szukając dojazdu nad jezioro gdzie planowaliśmy się kempingować, ale dojechaliśmy w miejsce gdzie mieszkało wielkie zło, mistrz Yoda poczułby się tu jak w domu. Mogliśmy stąd wycofać się tylko na wstecznym, a było to jakieś 700-800 metrów. Tylnym mostem tarliśmy po wysokim grzbiecie, a  wyjątkowo źle umiejscowiony korek mostu, na samym spodzie gruchy (kiedyś nie przemyślana przeróbka) wreszcie dała o sobie znać . Ułatwia to niewątpliwie wymianę oleju, ale nie wydłuża to jego żywotności, zwłaszcza w terenie. 


 




Dzień osiemnasty – litości przecież to już było!

 


Po deszczowej nocy wstaje piękny dzień, słonko świeci, nikt nie odpłynął. Sposobem pomysłowego Dobromira Wojtek zatyka otwór po korku za pomocą szybko-złączki od pneumatyki zatkanej kawałkiem gumy, ja wlewam olej.
Poranna kąpiel w oleju przekładniowym bezcenne. Janek z Michałem również patentowo  naprawiają wyciągarkę. Możemy jechać, duch bojowy jest choć bez pieśni na ustach - wyruszamy. Dwa, trzy kilometry jedziemy miłą, jak na tutejsze warunki drogą i daje się odczuć pewne rozluźnienie, rozmowy stają się coraz bardziej towarzyskie, można by rzec nic się nie dzieje, wieje nudą jak w polskim filie. My prowadzimy watahę, gdy z za górki wyłania się ogromna maska Urala. To raczej niespotykana tu okoliczność. Ewidentnie widać, że ekipa pięciu panów na kipie, chłopy wielkie i zwaliste jak dęby jedzie do lasu raczej nie na piknik z kiełbaskami z ogniska. Jesteśmy witani entuzjastycznie, ale i z pewnego rodzaju pobłażliwością, którą ciężko jest mi zrozumieć. Wymieniamy kurtuazyjne powitania i odpowiadamy na ich pytania: skąd, dokąd, po co i dlaczego. Ustalamy również jak się wyminąć bo nie ma tu miejsca aby ot tak sobie przejechać koło siebie.
Ural wbije się na pobocze, czyli wjedzie w gęsty las po ogromnych kamieniach, a my przemkniemy obok, taki wyraz gościnności. Zresztą my nie wjechalibyśmy na to pobocze, koła urala kończą się na wysokości kierownic naszych aut, wyglądamy przy nim jak resoraki. Podczas pożegnania panowie życzą nam powodzenia i dodają, że bardzo nam się przyda. Przyjmujemy je z radością i wdzięcznością oraz lekkim zdziwieniem, no przecież przejechaliśmy już ponad 130 km. tych bezdroży więc 40 km. nas nie przestraszy. Nieświadomi ruszamy na rzeź niewiniątek. Już po 100 metrach, za wzniesieniem, z którego wyłonił się Ural zaczyna się nasza dzisiejsza przygoda. Przygoda spod znaku kamienia i rzeki. Pierwszy odcinek kamiennego zbocza 150 m, drugi 250 m – zaczyna się niewinnie. Wyjeżdżamy za zakręt, a tam czeka na nas meandrująca kamienna rzeka, którą musimy pokonać kilka razy. Kamienie z każdą chwilą rosną, woda robi się głębsza, a zimniejsza to już nie może być ma 4,5 st. Celsjusza.
Woderów nawet nie ma co ubierać, więc nogi mam sine po kilku minutach. Teren robi się na tyle trudny, że nie ma już odważnych by wjeżdżać w sekcję bez rekonesansu. My przecieramy szlak. Trzeba jechać technicznie i z planem bo nie brakuje fragmentów gdzie można urwać zawieszenie lub zostawić most. Po przejechaniu jednej sekcji zaczyna się kolejna, już nikt nie liczy, która to z kolei. Chwila wytchnienia i dla odmiany za zakrętem ostry zjazd w dół po ogromnych pecynach do rzeki. Niby to dzisiaj żadna nowość, ale ale gdzie jest wyjazd. Na pewno nie po drugiej stronie. Były już odcinki gdzie trzeba było jechać korytem rzecznym przez 30-50m. Z taka myślą poszedłem na rowietkę i czym dalej szedłem tym moje oczy bardziej kwadratowe się stawały. Kilkukrotnie przechodziłem z brzegu na brzeg, brnąłem korytem i czym dalej szedłem tym bardziej zdrowy rozsądek się buntował, w końcu na jego pulpicie sterującym zapaliły się wszystkie lampki na żółto, fioletowo, czerwono - choinka w środku lata i chwilę potem wybuchło w kaskadzie iskier i cichych trzasków. Rozsądek odmówił współpracy pozostały tylko instynkt przetrwania.
Wyjazd znalazłem, a właściwie on tam był trzeba było tylko wykazać się cierpliwością i nie tracić nadziej po kilku minutowym spacerze jakiś 450-500 m. dalej. W drodze powrotnej, bo tak można ją było już nazwać spotkałem Anię, jakby troszkę odmienioną. Wyraz jej twarzy był mieszanką zdziwienia ze szczyptą popłochu okraszonego niedowierzaniem, a więc znowu chwila bezcenna, nie do wyreżyserowania. Za nią podążali inni, trzeba przyznać że było na co popatrzeć. Wspólnie wyznaczaliśmy drogę przejazdu. Z którego głazu na który wjechać, gdzie prawe, a gdzie lewe koło, co zasypać, co ominąć. Było kilka momentów kluczowych, gdzie powinniśmy lub raczej musieliśmy poprowadzić samochody bardzo precyzyjnie, cofnąć może się nie udać, a nocować chciałem na suchym. Byliśmy gotowi i choć każdy starał się zachować jak pokerzysta, to nawet na twarzach wytrawnych zawodników off-roadowych Jarka, Wojtka i Zbyszka znać było oznaki napięcia i pełnego skupienia. Po dłuższych przygotowaniach ruszyliśmy. Samochód za samochodem, by iść tą samą ścieżką. Szturmani niemal w komplecie w wodzie. Kilka mgnień oka później byliśmy po drugiej stronie - wszyscy i wszyscy wyraźnie zadowoleni. Obyło się bez strat. Pokonaliśmy ten brud, a może rzekę; tą sekcję kamienną; to coś! Czy może być jeszcze trudniej?
Czy chcemy więcej? Przecież po to tu przyjechaliśmy, pokonując 7000 km. Teraz nikt jednak nie zaryzykował rzucić na głos takiego wyzwanie losowi. Bo nie daj boże by jeszcze usłyszał i był w nastroju do gier i zabaw w podgrupach. Teraz zaczynam rozumieć ten lekko zdziwienie – ironiczny uśmieszek drwali z urala „... gdzie te panienki wybierają się tymi resorakami...”; „jak będziemy wracać to ich pozbieramy, albo to co z nich zostanie”. Tyle, że my jedziemy dalej, przynajmniej na razie. Dla odmiany pokonujemy kolejne i  następne sekcje kamienne, aż trudno uwierzyć, że tyle ich jest.  W różnych konfiguracjach i układach, w dół, pod górę, trawersem dla każdego w miarę jego potrzeb z solidną dokładką. Tak pokonujemy  około 30 km w czasie 10 godzin, a dużą część tej drogi idę lub niemal biegnę przed samochodem, wskazując prawidłową drogę. Po twarzach widać, że wszyscy już mieli dosyć, ile nożna? Ten odcinek jest w stanie usatysfakcjonować nawet najbardziej zapalonego fana jazdy po skałach i kamieniach. Tu można spokojnie prowadzić testy księżycowych łazików trudniej to one już mieć nie będą nawet w kosmosie. Wreszcie kamienie znikają, a my wyjeżdżamy na długo oczekiwaną szutrówkę. Mamy jeszcze jakieś 20 km do najbliższego pasiołka ze sklepem

Jest BAM, 110 za nami ostanie spojrzenie :)



 

Comments