Dzień 1 START - sobota 04.06.2011

Rano czuję jak ktoś szarpie mi namiot. Wstaję i okazuje się że jest 9,15. Starty zaczynają się od 9 . Obydwie załogi zaspały. To była nasza pierwsza od 4 dni noc, podczas której zasnęliśmy w normalnej wyprostowanej pozycji. Musieliśmy odespać długie siedzenia w garażu przed rajdem oraz męczącą podróż.

Szybko zapakowaliśmy się do scorpiona i defekta i pojechaliśmy na start znajdujący się 3 km dalej. Wjeżdżamy na plac, na którym znajdowało się już ponad 200 przygotowanych do startu aut. Szukamy Magdy z Marcinem. Są. Zaparkowaliśmy obok nich. Okazuje się że musimy mieć kartkę z odprawy dzięki której dostaniemy jeszcze jeden odbiornik do zaliczania punktów. Niestety obie karty mają chłopaki na bazie.  20 min później cały serwis był już u nas. Wyczytują klasę PROTO, stajemy do kolejki i po kolei najpierw wjeżdża Adam następnie Magda z Marcinem i ja, niestety bez Sebastiana który poszedł walczyć z lawetą.
W światłach flashy i kamer telewizyjnych zjeżdżamy z linii startu, która jest rampą ustawioną na środku placu.
             
Pakujemy się na lawety i jedziemy na start pierwszego odcinka. Musimy tam dotrzeć na godzinę 17  jest 11. Wydaje się że mamy mnóstwo czasu na przejechanie 68km. W rzeczywistości okazało się że ze względu na panujące w  Petersburgu i okolicy gigantyczne korki i wykorzystując wszelkie możliwe skróty i patenty 6 godzin wystarczyło  nam  na styk.

Szybkie pakowanie auta, zakładamy wodery i na start. Zdążyliśmy dwie minuty przed czasem.
Cała trasa składa się z waypointów wgranych na gps. Należy jechać od punktu do punktu.  Pani podlicza nam czas, aktywuje rejestrator i życzy powodzenia. Ruszyliśmy.

Pierwszy kawałek jedziemy przez las. Droga przejezdna trochę dziur, czasami ciasno ale bez problemu. Nagle okazuje się ze spalił się bezpiecznik od wentylatorów. Nie chcemy tracić czasu zwieramy kabelkiem na sztywno. W tym czasie mijają nas Finowie potężnym laplanderem. Ruszamy dalej i widzimy jak stoi uszkodzony i rozebrany  rosyjski UBOT. Opuszczamy las i zaczyna się pierwsza bagnista mała łąka.  Remek  pokazuje nam którędy warto jechać. Chwila walki z korzeniem na skraju lasu i wpadamy z wielkim chlupotem. Scorpion jest na powierzchni, nie utonął. Jedzie górą przesuwając się sprawnie po kożuchu .
Szukamy kolejnego waypointa między drzewami na podmokłym terenie. Niestety nasz  czytnik nie pika lub piknął a my tego nie słyszymy podczas pracy silnika.


Po chwili wyjeżdżamy na potężne bagno. Najbliższa linia drzew znajduje się około 4 kilometrów dalej. Cała łąka to jeden wielki dywan z oczkami wodnymi i ruchomym kożuchem. Widok zapiera dech w piersiach, dookoła kępki trawy, mech bądź oczka wodne. W oddali widać linię lasu. Sebastian idzie z przodu kieruje mnie pomiędzy oczkami .Widać ślady innych aut ale pod żadnym pozorem nie wolno w nie wjechać. Wciśnięty już raz kożuch może momentalnie się zerwać. Próbujemy nauczyć się  czytać z bagiennej roślinności. Mech - nie wjeżdżać. Trawka - jechać.
Niestety ta wiedza to mało. Chwilę później prawe koło zapada się nam i nie możemy cofnąć. Podkładamy trapy  i nadal nic. Dopiero podniesienie auta na hilifcie i podłożenie trapy bezpośrednio pod koło oraz złapanie wyciągarką mikro krzaczka
pozwoliło nam wycofać, się z tej pułapki. Wybraliśmy złą drogę. Teraz już wychodzimy razem z auta i próbujemy znaleźć w miarę twardy przejazd. To było trochę jak zabawa z grupy który korytarz prowadzi do misia. Szliśmy 100 czy 200m po twardym i okazywało się że na końcu są oczka albo zerwany przez inne załogi kożuch.
Po 3 godzinach poszukiwania drogi z tego labiryntu i zrobieniu 1/3 trasy podejmuję decyzję o powrocie. Limit czasu to 5 godzin więc na pewno i tak będziemy mieli taryfę a tu jest coraz gorzej, a to przecież dopiero pierwszy dzień. Próbujemy dojść gdzie popełniamy błąd,  jednym z podejrzanych jest masa auta czy brak zwolnic. W chwili kiedy okazało się że całą pokonaną trasę w kierunku powrotnym zrobiliśmy w  20 min uświadomiliśmy sobie ze to nie jest problem sprzętu tylko naszych mizernych umiejętności. Takich terenów w Polsce nie ma i nigdy się z czymś takim nie spotkaliśmy. Dla osób które były na bobku w 2009 czy na zmocie 2010 i pamiętają próbę jaba to niech sobie ją zwiększą jakieś 50 razy i niech zapomną o drzewach i to będzie to.
Teraz wiadomo dlaczego nie ma tu mechaników. Wyciągarka tylko ma czasami pomoc się podciągnąć, wszystko trzeba robić maksymalnie na trakcji.

Kiedy wróciliśmy na start od ekipy serwisu Magdy dowiadujemy się że przebili na trasie chłodnicę i się naprawiają.
Kolejna zła wiadomość Jarek z walterteam nie dojedzie do nas. Po 14 godzinach walki na granicy łotewskiej od celników rosyjskich dowiedział się że chcą mu oclić cały sprzęt który ma na pace. Rozmawiałem z nim przez telefon, nie spał od 60 godzin i jest nieprzytomny. Wraca do kraju.Tym samym pozostajemy bez kół zapasowych które też były na aucie.

My jedziemy szutrami na metę bo tam czeka nasz serwis z lawetą. Są gdzieś na mecie. Aktualizuję chipa  i nagle za nami stają finowie swoim laplanderrem ci którzy wystartowali po nas. Coś niewiarygodnego. Ten kiosk który był przez wielu wyśmiewany. przejechał teren w około 3 godziny. Od tej chwili wszyscy nabrali szacunku i respektu.

Jest godzina 22 opuszczamy odcinek specjalny i kierujemy się w stronę kolejnego kampu. Mamy 180km do przejchania po rosyjskich drogach znaczy za 4 godziny będziemy.
Po drodze przejeżdżając obok rwącego potoku nie mogliśmy się oprzeć. Postój murowany na którym pałaszujemy z apetytem wielkiego pstrąga i pijemy piwko.
Dzień udany. Nawigacja działa, auto sprawne, logistyka opanowana. Dużo nauczyliśmy się podczas jazd w takim terenie.
Druga  w nocy. Dojeżdżamy na camp teraz jesze namioty jedzenie i jutro od nowa.

Jest 4 w nocy Adam nie wrócił z odcinka. Sebastian wraz z serwisem Adama jadą jeepem z lawetą  ich szukać. Ekipa Marcina walczy z chłodnicą i łożyskiem oporowym. Ja idę spać. Za kilka godzin kolejny start
.........
Comments