Dzień 8 - sobota

Zaczyna się ostatni dzień rajdu 8 rano.
Dzień ten pokazał prawdziwe oblicze Ładogi. Na własnej skórze poczuliśmy opowieści poprzedników. Rajd zaczął dobierać się już nie tylko do sprzętu ale i do ludzi.

Sebastian rano oświadczył, że nie pojedzie ze mną. Czuje się tak zmęczony, że musi trochę odpocząć i nie da rady pojechać. Kto zna Sebka wie, że aby go zmęczyć naprawdę musi być ciężko. 7 dni biegania po bagnach przez wiele godzin potrafi wykończyć najtwardszych.
Ja chcę osiągnąć zamierzony cel – przejechać cały rajd. Nie zależy mi na czasie. I tak mamy już 6 miejsce i w żaden sposób już go nie zmienimy. Do 5 miejsca jest zbyt duża różnica. Nasz kucharz i tłumacz - Tomek zostaje  nowym pilotem. Nigdy nie był wcześniej na żadnym rajdzie, a off - road zna z naszych wcześniejszych wspólnych wypraw (patrz dział EXPEDYCJE).

Kamil dokręca nieco poluzowane zawieszenie, szybko pakujemy niezbędny ekwipunek i ruszamy. Znów mamy bardzo mało czasu i 16 km dojazdówki. Na starcie doganiają nas
jeepem Chłopaki  i dają (znowu zapomniany) telefon satelitarny. Na bagnach okazuje się on naszym jedynym kontaktem z serwisem.
Trasa podobna do wczorajszej. Droga z głębokimi zalanymi koleinami doprowadza nas do tzw. zimnika czyli zalanych łąk. Tomek przerażony, widząc łąkę i zapadając się w niej po kolana, nie chce tam jechać, twierdząc że jak tam utoniemy, to zostaniemy na 3 dni. P
ierwszego dnia rajdu też miałem takie wrażenia. Po 7 dniach jazdy po tych uroczych terenach  już dużo lepiej rozpoznaję podłoże po którym da się jechać, a po którym nie. Białe kwiatki , jasny mech - można. Zielono, długa trawka i szerokie liście - nie jedź pod żadnym pozorem.
Spokojnie wjeżdżamy na kilometrowy dywan, nie ma gdzie się podczepić, jeżeli staniemy będzie źle. Śmiało jeździmy po łące i zbieramy waypointy. Po godzinie opuszczamy łąkę i dalej przemieszczamy się wzdłuż
leśnych duktów. Mijamy pojedyncze rozlewiska. W którymś momencie odpuściliśmy omijanie rozrytych przejazdów i szliśmy głównym śladem. Mimo że przed nami jechały same zwolnice i buggery 39”, to na trakcji często przejeżdżaliśmy po ich rozrytym śladzie.

Za nami wszystkie trudne próby. Pozostało nam 8 km dojazdu do mety po piaskowych drogach. Zadowoleni z dobrego czasu już myślimy o wieczornym bankiecie na zakończenie rajdu, odpoczynku i kąpieli. Pokonujemy wąski głęboki przesmyk zakończony dwumetrowym krawężnikiem, pod który trzeba podjechać. Nic trudnego. Zapinasz linę i powoli się wciągasz.
Od tej pory było już tylko gorzej. Podczas wciągania auta, prawe koło, którego nie widziałem, zaczęło wbijać się w duże wgłębienie w ścianie, blokując możliwość obracania się. Dla wszystkich, którzy do tej pory mało cenili rolę pilota podczas rajdu, jest to wyraźny przykład, jak jest ona ważna. Tymczasowy pilot miał niestety zbyt małe doświadczenie i widząc sytuację, nie zdawał sobie sprawy jak bardzo jest ona niebezpieczna. Auto powoli się wciągało, ale gigantyczny moment, jaki powstał na tym kole, zerwał naruszony wcześniej wręz w blokadzie. Naprężenia  zaś były tak wielkie, że otwory od krótkiej półosi na krzyżakach, zwiększyły się o 6mm. Głośny huk dał do zrozumienia że jest źle.
Wyciągnęliśmy auto na górę by sprawdzić co się stało. Nie było tak źle, należało tylko wyjąć na wszelki wypadek półoś i jechać na trzech kołach. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Usterka została sprawnie usunięta. Przejechaliśmy jeszcze kilka przejazdów zniszczoną drogą i przy wyjeździe z ostatniego przejazdu usłyszałem kolejny huk. Niemożliwe. Trasa była już całkiem prosta, bez specjalnie trudnych momentów. Co zatem mogło spowodować ten dźwięk. Wychodzę i oczom nie wierzę. Koło leży na boku a w piaście nie ma łożyska. Okazało się że piasta została źle skręcona. Nakrętka krzywo podeszła i została wkręcona tylko kawałek, dajac piaście 2 cm luzu. Głupia niedokręcona nakrętka wygenerowała nam mega problem.
Nie mamy już zapasowej piasty, bo przekazaliśmy ją Michałowi wraz z pozostałymi naszymi ciężkimi częściami zapasowymi. I teraz wszystko znajduje się już w drodze do Polski.

O 18 dzwonimy do Sebastiana aby przyjechał z lawetą i wyciągnął nas z tej opresji. Zaczyna się okres oczekiwania. Mijają godziny.
Mimo podania dokładnych koordynatów, Chłopaków ciągle nie ma. Czekamy........ i ........czekamy ...........
Około 23 wychodzą z lasu dwie postacie. To Sebastian i Piotr. Okazało się, że nie mogli  znaleźć do nas dojazdu i skończyło im się w lesie paliwo. Chłopaki zabierają od nas paliwo i mają zaraz do nas wrócić. Czekamy........ i ........czekamy ...........
Jest godzina 3 w nocy. Jest zimno ( mam na sobie tylko podkoszulkę) i głodno i oczywiście mamy wokół pełno bzyczącego towarzystwa. Rozpalamy 6 ognisk, tworząc krąg i siedzimy w środku. Jest tam znacznie cieplej i mniej irytujących komarów. Tomek o 5 zaczyna hipotetyzować: Jeżeli jeep im się gdzieś tu rozwalił, i nie mają telefonu i ładowarki do gps - to nie wiedzą gdzie są, nie mają się jak ruszyć i nie mogą się z nikim skomunikować. Za kilka godzin nawet nie będzie miał kto nam pomóc bo cały obóz zwija się do Petersburga.

Ja jestem już tak zmęczony, że podczas jego opowieści zasypiam na ziemi w środku ognisk.
Comments