Dzień 5 - środa

Jest 7:30. Słońce mocno już ogrzewa namiot, panujący w środku zaduch zmusza mnie do wyjścia. Cała załoga wstaje i szykujemy się do kolejnego wyjazdu, teraz czeka nas siedmiogodzinny etap. Poranne czynności zajmują nam coraz mniej czasu. Start 12.40 a my o 10:00 jesteśmy już zwarci i gotowi. Kamil do drugiej w nocy walczył z pompą paliwa, łącznikami i badlock'ami, które strasznie pogięliśmy na skałach.

Podczas jednego z przejazdów, koło wjeżdżając na metrowy kamień, tak podwinęło oponę, że badlock jak nóż, odciął kawał skały. Nasze opony cały czas poddawane są dużym przeciążeniom, wielokrotnie skała dociska się do felgi lub opona wywija się całkowicie na zewnątrz. Ale póki co, nic się z nimi poważnego nie dzieje.

Jesteśmy gotowi. Pierwszy raz dojeżdżamy na start 30 min wcześniej. Startujemy jako przedostatni, mamy więc okazję obejrzeć nastawioną bojowo całą klasę PROTO. Ruszają Finowie, Rosjanie, Magda z Marcinem, łódź podwodna i my. Dzisiaj również startom towarzyszą  media. Kamery z zainteresowaniem obserwują szeroki potok, przez który poszczególne załogi muszą przejechać. Dziewiczy krajobraz nadaje kolorytu całej scenerii.

Ruszyli. Ponad metrowy bród długości około 80 m pochłania poszczególne auta, starające się przebić pod prąd na drugą stronę. Każda załoga daje z auta wszystko. Ryk silników wzbudza olbrzymią satysfakcję u kibiców.                                                        My dostrzegamy jednak w naszym aucie problem. Okazuje się, że wymiana pompy nie do końca pomogła. Kiedy byliśmy na campie wszystko wydawał się dobrze. Jednak podczas jazdy ponad 40 km asfaltową dojazdówką, niepokojąco zaczęła skakać wskazówka ciśnienia paliwa na listwie. Trudno nie ma już odwrotu. Musimy wystartować, inaczej czeka nas kolejna taryfa.

Ruszamy. Najpierw piachy, później małe trawersy i strome zjazdy i podjazdy. Dookoła gęsto od drzew i głazów. Każdy wybiera optymalną drogę. Główny trakt zajęty jest przed wciągającego się laplandera, Finowie mijają ich bokiem, więcej przejazdów nie ma. Czekamy aż ktoś się wczołga. Jedziemy dalej na poszczególnych podjazdach. Zaczynamy mieć znany problem z zasilaniem.     Na jednym ze stromych podjazdów auto prawie gaśnie, co nie wzbudza radości załogi, jadącej tuż za nami. Utrudniona jazda trwa i jest coraz gorzej. W dalszej części lasu na podjeździe gaśnie nam motor i nie ma ciśnienia. Mamy mętlik w głowie. Przecież Kamil zamontował w nocy nowy cały układ zasilania paliwa. Wszystko powinno działać prawidłowo. W końcu znaleźliśmy ostatniego podejrzanego - może to paliwo. Odczepiamy wężyk od filtra, a paliwo ze zbiornika leci cienką stróżką. W zbiorniku mamy jakiś mega syf, który nie wiadomo skąd się tam wziął. Czyżby sabotaż? A może mają tu tak liche paliwo, że zatyka nam wężyk. Nie wiemy już co myśleć. Jedyne co mogliśmy zrobić - to kompresorem wdmuchaliśmy powietrze przez wylot zbiornika, wypychając elementy które go zatykały. Pomogło. Paliwo leci ciurkiem. Ciśnienie na listwie się wyrównało, ale motor nadal pracuje jakby auto chodziło na wodę.                                                                                                                                                                Mocno skaczące obroty na reduktorze utrudniają jazdę, szarpiąc samochodem. Nie pozwala nam to na precyzyjne kierowanie autem. Tutaj trzeba na styk wciskać się między drzewa i kamienie. I stało się. Wjeżdżając, między dwoma drzewami, na szczyt, auto szarpie i z dużym impetem uderza w gruby świerk. Kierownica wyrywa się z rąk. Próbuję się wycofać, ale nie mam możliwości przekręcić kierownicy. Utknęliśmy. Szybka analiza. Drążki całe, zwrotnica całe, sworznie na miejscu i kola są pionowo. Przekładnia kierownicza  nie chce się kręcić. Coś zablokowało ją w środku. Trudno. Odpinamy drążek od przekładni i próbujemy jechać wykorzystując tylko dodatkowe wspomagania podłączone szeregowo. Niestety serwo działa w taki sposób że steruje siłownikiem w momencie kiedy przekładnia nie daje już rady, ale w momencie braku obciążenia, siłownik jest luźny i nie trzyma położenia.            Efekt jest taki, że mamy nieruchomą kierownicę i kiedy docisnę w lewo to natychmiast siłownik pcha koło w lewo, a kiedy nie dociskam w żadną stronę, koła mają całkowity luz i jadą gdzie chcą. Dramat. Nie da się tak jechać  w tym terenie (w dodatku z chrzczonym paliwem). Dla nas ten dzień wyścigu dobiega końca. Przynajmniej jeśli chodzi o trasę.

Tomek dostaje koordynaty spotkania i rusza z campu. My z kulawym układem kierowniczym  przebijamy się ponownie przez wszystkie zjazdy, które teraz są podjazdami. I ta trasa urzeka nas swoim krajobrazem. Mijamy po drodze urokliwe miejsce postoju w stylu rosyjskim, czyli stoliki i drewniane ławy przytulone do brzegu jeziora. Bierzmy kąpiel w blasku zachodzącego słońca.          Teraz zmierzamy w stronę nowego campu. Zakładamy, że 100 km dzielące nas od kolejnego campu, przejedziemy w 3 godziny. Dojechaliśmy. To pierwszy biwak nad samym brzegiem jeziora Ładoga. Zbliżając się do niego czujemy się jak nad morzem. Po horyzont woda, piaszczyste szerokie plaże. Rozpiętość jeziora wynosi około 200 km. Nie ma się co dziwić Wikingom, którzy w dawnych czasach po wpłynięciu na Ładogę zupełnie stracili rozeznanie gdzie się znajdują i dziwili się że na świecie istnieje „ słodkie morze” .

Jak tylko rozbiliśmy namioty i coś zjedliśmy, natychmiast zabraliśmy się do naprawy scorpiona. Sytuacja trudna. Przekładnia maglownicy roztrzaskana w środku. Po dokonaniu diagnozy okazało się że dwa z trzech zębów zostały wyłamane. Pod przywództwem Arka Najdera, Robert wraz z Adamem dokonują cudów. Wyłamane zęby są szlifowane, spawane a następnie pasowane ze sobą i przekładnia wygląda jak nowa. Uradowani montujemy ją na miejsce. Teraz pierwszy ruch i   ................... Wszystkie świeżo przyspawane zęby zostały urwane. Trzy godziny ciężkiej pracy w świetle reflektorów i hałasu pracującego agregatu niestety zakończyło  się porażką. Powoli ogarnia nas zniechęcenie. Trudno. Podejmuję decyzję o zaspawaniu układu wspomagania. Teraz mam nieruchomą kierownicę, która po dociśnięciu w jedną ze stron wymusza przesunięcie siłownika przesuwającego koła. Bardzo dziwne uczucie. Nie kręcisz kierownicą  a jednak skręcasz. Wadą tego rozwiązania jest to że kiedy mamy luźną kierownicę koła jadą gdzie chcą i siłownik ich nie trzyma.                                                                                      Drugi problem również doczekał się rozwiązania. Spuściliśmy całe paliwo  z baku a część wlaliśmy do garnka. Po odparowaniu okazało się że mamy ropę. Nie wiemy kiedy kto i jak, ale w naszym zbiorniku była ropa. W konsekwencji padła sonda lambda i niesprawna korekcja mieszanki wzbogacała ją tak, że stojąc obok auta, szczypały oczy. Na całe szczęście Arek wymyślił by zalać czyste paliwo i wyłączyć sondy.

Idziemy spać. Znowu jest 4. Wróciliśmy do gry trochę kulawi ale nie poddajemy się. Ekipa Marcina i Magdy nie ma tak dobrze. Ukończyli próbę w czasie, jednak ponieśli straszne straty w sprzęcie, całą noc odbudowywali auto. Ta próba uświadomiła im, że opony mają kolosalne znaczenie. Oni na wąskich simexach topili się po dach, gdzie metr obok Finowie na TSL jechali na trakcji. Spodziewali się że mogą być problemy, jednak nie sądzili że, aż takie.

Dodatkowo zaczynają się rozgrywki formalne i regulaminowe. Komuś uznali jakieś punkty, komuś nie uznali. Zaczynają się oficjalne  protesty itd. Atmosfera zaczyna być gorąca.

Comments