Dzień 4 - wtorek

Powoli zaczynamy się przyzwyczajać do białych nocy. Kładziemy się spać około 4 i wstajemy o 8. To i tak dobrze bo wcześniej spaliśmy po 2 godziny. Plan poranka ustalony. Każdy już wie co ma robić. Kamil ostatni przegląd auta. Dętki na zapas. Seba jedzie po paliwo, Ja ogarniam elektronikę a Tomek szykuje śniadanie.

Jak zwykle mamy mało czasu. 40 km do startu i dwie godziny czasu. Ekipa Defecta nie ma paliwa więc umawiamy się że kupimy im i dowieziemy  na start. Oni muszą wystartować o czasie, inaczej dostaną taryfę. Scorpion spakowany na lawecie i w drogę. Dojeżdżamy 20 minut przed czasem, to póki co wyjątkowa sytuacja. Nic nie zapomnieliśmy i wszytko działa. Więc w drogę.

Trasa zaczęła się od skał. Było naprawdę wysoko a na zboczach stromo. W oponach mieliśmy zbyt dużo powietrza i zaczęliśmy się bujać jak wańka wstańka. Spuściliśmy powietrze i było już dobrze 0,2 atmosfery wystarczyło. Dalej jeżdżenie po głazach wielkości 1-2 m sprawiało nam niesamowitą frajdę, auto wyginało się w każdą stronę. Może wydawać się to niemożliwe, ale na płaskim gruzowisku bez żadnego problemu można było się przewrócić.

Po chwili dojechaliśmy do miejsca, które można tylko wymarzyć, ewentualnie zobaczyć na widokówkach. Jezioro z brzegiem składającym się z wielkich głazów. Na środku wysepka zbudowana również z rumowiska kamieni. Naszym zadaniem jest przejechać na wysepkę a następnie na drugi brzeg. W światłach flashów i kamer ruszamy. Loża szyderców pokazuje nam drogę, oczywiście w najgłębsze miejsce. Sebastian idzie wytyczyć trasę, wpadając po pas w wodę. Dno to również śliskie głazy, więc chodzenie po nim jest utrudnione. Ja na brzegu, wykręcając obie osie i raz to podnosząc się po to by zaraz opadać, tyram mosty,a przemieszczanie się ze skałki na skałkę wymaga niemałej gimnastyki dla zawieszenia. Na tym odcinku również ekipa Marcina miała problemy, czego konsekwencją były: pogięty drążek i wał. Wielkie laplandery jadąc wydawały przerażające dźwięki, zupełnie jak w stoczni. Mając zawieszenie na resorach które nie jest zbyt giętkie szli jak taran. Na samym wyjeździe było jeszcze gorzej - wysokie kamienie i jeszcze większe jamy postawiły nam auto w pionie Sebastian złapał się koła aby nie było rolki. Ja w pogotowiu cały czas trzymam drążek zmiany biegów aby móc zapiąć wsteczny. To też jest duża przewaga automatów. Szybkie włączenie wstecznego już nie raz uratowało mnie przed zwrotem przez TOP. Kiedy staliśmy tak w pionie rozległy się brawa i oklaski. To się podobało. Z opinii Remka z serwisu Marcina, który cały czas obserwował różne załogi, stwierdził że zrobiliśmy to po prostu ładnie. Czysto i lekko w bardzo dobrym tempie. Opuszczamy krainę krasnoludów przed nami podmokły las.

Ten odcinek spełnił moje marzenie. Zawsze chciałem mieć czołg i tak jak na czterech pancernych jechać przez las i kłaść drzewa, wytyczając nową drogę (domyślam się że zieloni tego nie pochwalają ale tutaj ich nie ma i może dobrze). Scorpion zamienił się w czołg, całym przodem kładł na ziemię drzewa o średnicy 20cm. Jechało się na azymut więc każda droga była dobra . Czasami korzystało się ze śladów innych załóg, ale większość czasu samemu trzeba było wytyczać drogę. Pilot siedział już tylko w aucie dobrze schowany, bo niektóre suche drzewa łamały się w połowie wysokości i z ogromną siłą spadały na dach. Z początku było to przerażające, ale człowiek szybko się przyzwyczaja. Przed nami bagna. Już umiemy się przemieszczać po tych kożuchach więc   śmiało siedząc w aucie przmierzamy kolejne kilometry pływającego dywanu. Co do techniki to powiem tak: obie osie skręcone jedziemy na cztery łapy robiąc cztery ślady dzięki temu dużo mniej się zapadamy. Pod żadnym pozorem nie wolno  się zatrzymać. Nawet gdy wydaje się, że jest już źle należy jechać, jakimś cudem auto pojedzie.

Zbliżamy się do pozornie małej rzeczki, która zasila sąsiednie rozlewisko. Szerokość niby z 10 metrów. Z pozoru proste. Sebastian bierze linę i wchodzi do środka. Pierwszy krok ok. Drugi - kamera na kasku znalazła się pod wodą. Był bardzo zaskoczony i szbko przypomniał sobie pływanie żabką ( po powrocie wrzucimy filmik ). Jest źle. Przejazd ma 2 metry brodu. Przypinamy linę na drugą stronę i robimy to szybko. Taki przynajmniej miał być plan. Lina przypięta, ruszam do przodu i nagle auto wpada pionowo zalewając mi szybę i jeszcze nie ma dna. Z takiego krawężnika jeszcze nigdy nie zjeżdżaliśmy. Kiedy auto się wyprostowało jedynie szyja i głowa wystawały ponad lustro wody. Soczki wypłynęły z kabiny i z prędko udały się na otwarte wody. Jeden z kibiców pokazał nam ich kurs. Auto całkowicie pod wodą. Komputer, silnik, reszta elektroniki, po prostu wszystko. Niezastąpiona wyciągarka Escape 20000 z Wadowic dzielnie wyciąga nas na drugą stronę. Mały klar sprzętu, wylanie wody z woderów, i dalej. Takich rowów było jeszcze pięć. Za każdym razem to samo. Mega głęboko i niestety raz nie było się za co złapać by się wyciągnąć. Silnik pracował równo, spokojnie, jak ubot dobijający do brzegu, wypłynęliśmy na blokadach.

Jest dobrze mamy czas 4 godziny limit czasu 5 godzin do mety tylko kilometr to już ostatnie punkty nic nas nie zaskoczy. A jednak. Wjeżdżając na górkę silnik zaczyna nierówno pracować. Spoglądam na ciśnienie paliwa i ku mojemu zdziwieniu widzę 0. Brak ciśnienia na listwie. Niemożliwe. Zatankowaliśmy 80 litrów a jechaliśmy jedynie 4 godziny. Nie zastanawiamy się dalej nad tym. Szybka decyzja . Sebastian biegnie na metę to tylko kilometr. Ja wchodzę do jeziora  i szukam satelity bo oczywiście w lesie brak zasięgu. Dzwonię po serwis, aby przywieźli paliwo. Czas płynie. Serwis ma 40 km dojazdu. Jest źle.

Mija 30 minut słyszę głos Sebastiana dobiegający z drugiej strony jeziora. Brzmiał jak „poooommmóóóóóż miiii”.
W woderach pełnych wody przedzieram się przez gęsty las w kierunku echa. Widzę go, biegnie z kanistrem wzdłuż linii brzegowej. Wlewamy paliwo i ruszamy pozostało nam 5 minut.

Niestety kolejne trzy przeszkody przytrzymały nas. Mamy 15 minut spóźnienia, co oznacza, że otrzymujemy taryfę. 6 godzin kary. Szkoda. To kolejny dzień, podczas którego przez jakieś nieprzewidywalne zrządzenie losu nie zdążamy na czas.
Takie są uroki rajdów.

Suma sumarum na campie okazało się, że pompa paliwa miała już dość (niemiecka tandeta) i wtedy na podjeździe po prostu umarła. Kiedy dodaliśmy paliwa reaktywowała się, ale też z bólami. Wymieniamy pompę. Powinno być dobrze.  Teraz jeszcze analiza strat, szczególnie zawieszenia, które ciągle było tyrane po skałach i wiele załóg zakończyło je z usterkami, kolacja i do spania, trzeba się przygotować na kolejny dzień.
Comments