Dzień 2 - niedziela

Jest już poniedziałek, godzina 00:30. Siedzimy w samochodze w drodze na kolejny camp. Przed nami jeszcze jakieś dwie godziny drogi, mam więc czas na napisanie krótkiego raportu.

Wczoraj Adam został odnaleziony przez Sebastiana i Chłopaków na stacji benzynowej. Zmarznięty czekał na pomoc. Opuścił odcinek specjalny i ruszył na kołach w stronę campu, ale miał na tyle uszkodzony układ kierowniczy i drążki że uniemożliwiało to dalszą jazdę. Zatrzymał się zatem i czekał. Cała ekipa wróciła koło 8 rano.
Ekipa Marcina walczyła całą noc z autem, ich namiot nawet na chwilę nie zasnął. Inne załogi: fińska i rosyjska również miały rozebrane auto na części pierwsze.

Całą noc słychać było agregaty flexy i młotki.

Dzień się tu nie kończy. Strasznie ciężko jest się przyzwyczaić ponieważ ciągle jest jasno. Wyczekiwane przez nas białe noce, dają się we znaki. Nieustannie czekamy na zapadniecie nocy, ale to nie następuje. Organizm sam krzyczy ze potrzebuje snu.
Nasz zegar biologiczny całkowicie został rozregulowany.

Wstaliśmy rano znaczy koło 9 i chwilę po śniadaniu zaczęły się dyskusje o tym jak to fińska załoga mogła zrobić trasę po bagnach w 1,5 godziny. Wydaje się to niemożliwe, a jednak.

Wpadamy na pomysł aby przyjechać wcześniej na os zobaczyć trasę na pieszo aby nie tracić na to czasu podczas startu.
Z ekipą Adama wyruszamy dwie godziny wcześniej w stronę punktu
startu. Mamy do przejechania 20km. Znajdujemy na mapie skrót który zaoszczędzi nam czasu. Zaczyna się niewinnie, droga szutrowa przechodząca w głębokie koleiny. W dalszej części zaczynają się już metrowe brody, zwalone drzewa, jedziemy dalej jest fajnie kręcimy filmiki a czas płynie. Po godzinie czasu okazuje się że przejechaliśmy 1/3 drogi naszym super skrótem. Przedzieramy się przez rzeki mostami zbudowanymi z pali i nagle dojeżdżamy do brzegu jeziora gdzie dalej nie pojedziemy. Powalone drzewa  leżą wzdłuż całego brzegu. Szybko szukamy alternatywy i jest droga na około przez jakieś wsie. Na start dojeżdżamy po prawie 3 godzinach. Adam spóźnił się na start 30 min i już sędzia  powiedział że nie będzie klasyfikowany ale jak chce może się przejechać.

My zdążyliśmy, zostało nam 10 min. Zakładamy kaski, włączamy interkomy i dupa. Nie działają. Mamy drugie w zapasie,ale też umarły – wszystkie były ładowane dzień wcześniej . Trudno jedziemy bez nich. Pani aktywuje na chipa.
Zaczyna się niewinnie, droga przez las, koleiny zalane  bagnem, jakieś guady utopione stojące przy trasie. I nagle zmiana krajobrazu. Przed nami rozciągają się gigantyczne głazy narzutowe tworząc piękne formacje. Punkty na gps wskazuje dokładnie którędy należy się przemieszczać. To raj dla nas jak i dla samochodu.
Scorpion wyginał się tak jak nigdy do tej pory . Ciężko jest oderwać w tym aucie koło od podłoża, ale tutaj to była norma. Balansowania, delikatne wjazdy, strome wjazdy i zjazdy ze skał były czymś normalnym. Cieszyliśmy się jak dzieci w piaskownicy. Sebastian cały czas biegł przed autem pokazując mi gdzie i jak jechać. Ja z kabiny przy tak dużych wykrzyżach często nie wiedziałem co jest przede mną. Było pięknie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć że dla tego odcinka warto było tutaj przyjechać. Zawsze chciałem pojeździć na terenie Parku Narodowego Moab w Stanach, a tutaj była tego namiastka.
W około godzinę przejechaliśmy cały pierwszy odcinek. Cały czas na kołach, dopiero kiedy dojechaliśmy do mniejszej łączki (300metrów) już wszystkie wjazdy były rozjeżdżone i musieliśmy rzucić trapy. Chwilę później nauczeni wczorajszym doświadczeniem sprawnie znaleźliśmy się na drugiej stronie.

Jedziemy na drugi odcinek tam podobnie skały. Idzie pięknie, nagle w połowie odcinka niepokojąco oddalamy się od trasy. Za nami ekipa fińska też zaczyna podejrzewać że bardzo wyraźne ślady na skałach to chyba nie jest dobry trop. Obie nasze ekipy na azymut próbują znaleźć trasę. Ten błąd kosztował nas ponad godzinę straty. My przebijaliśmy się przez zrębowisko i skały, Finowie przez bagna. Do tego okazało się że mamy dziurę w kole, powietrze z opony schodziło nam szybko. Co chwilę musieliśmy zatrzymywać się i dopompowywać koło.

Ale udało się, osiągnęliśmy metę. Przejechaliśmy cały odcinek i zmieściliśmy się w czasie. Błąd w nawigacji i awaria koła zarzuciły marzenia o dobrym wyniku. Ale jesteśmy bardzo zadowoleni.
Po pierwsze dlatego że nigdy nie jeździliśmy po takim terenie, a to właśnie do tego to auto zostało stworzone. Czuło się tam jak ryba w wodzie. Tylna skrętna oś wykorzystywana była przez cały czas, wykrzyże dochodziły do granic możliwości.
I po drugie bo ukończyliśmy cały odcinek w czasie.
Pędzimy teraz na camp bo musimy być tam maksymalnie o 2,45 inaczej cały trud dzisiejszego dnia zostanie zniweczony ponieważ zostaniemy nieklasyfikowani.
Udało się jesteśmy zakwalifikowani.

Jest 5 rano nocujemy nad jeziorem w namiotach. Jest  zimno około 3 stopni. Idę z Sebastianem spać. Kamil łata koło i sprawdza auto. Tomek właśnie przygotował nam fasolkę i herbatę, to nasz pierwszy posiłek od wczorajszego śniadania.
Nie mamy na co narzekać. Od początku wyjazdu w ciągu dnia jest pięknie, świeci słońce, oby było tak dalej.
Comments