Dzień-3

Dzisiejszy odcinek to debiut na Ładodze, oznaczony kryptonimem Challenge.  Roadbook ,podaje następujące parametry długość odcinka  specjalnego część 1 - 127km, podjazdówka pomiędzy odcinkami 200km długość drugiego odcinka 43km.  Czas całkowity 24h.   Dla nas przejechanie ponad 160km na gąsienicy już wydaje się kosmosem bo prędkość przy dobrych warunkach to 20km/h, a co będzie jak będzie źle. No cóż startujemy.  Po raz kolejny jesteśmy idealnie na starcie godzinę przed planowym startem. Pod tym względem logistyka działa jak w zegarku. Wszyscy są bardzo zdyscyplinowani i wszyscy walczą z czasem. Każdy dokładnie wie co ma robić, a jak nie ma co robić to pomaga komuś. Z Arkiem zabieramy 70 litrów paliwa na zapas aby nie musieć korzystać z punktu serwisowego.

Ustawiamy się na starcie obok sherpów i finów. Ruszamy, przed nami piaskowa droga z coraz większymi koleinami. Z kilometra na kilometr jest coraz gorzej. To droga zrywkowa gdzie głównymi uczestnikami są urale lub krazy. Momentami stwardniałe koleiny były tak duże, że dowolne auto gdyby dobrze nie wycelowało zrobiłoby boka. Taki teren widzę tu pierwszy raz bo zawsze  był on zalany wodą. Teraz kiedy widzimy co tu naprawdę było pod wodą nie dziwi nas dlaczego auta jadąc droga w brodzie do połowy koła nagle przewracały się. Droga się zwęża, coraz trudniej jest wybrać odpowiedni kurs. Kilka kilometrów od startu widzimy Fina który wiezie nieprzytomnego swojego kolegę na sześciokołowcu. Był wypadek. Później dowiedzieliśmy się że jego partnerowi quad złamał nogę na odcinku piszczelowym tak strasznie, że druga część nogi trzymała się tylko na skórze. Ci zawodnicy to nie amatorzy, od dwudziestu lat jeżdżą po całym świecie, brali udział w Arctic Challenge jak i również rajdzie Kanady gdzie odcinki bez serwisu miały po 800km. Sami są testerami sześciokołowców. Maszyny warte są po 100.000 euro. To naprawdę są profesjonaliści. To jego pierwszy tak poważny wypadek. Kiedy to zobaczyliśmy jeszcze bardziej nabraliśmy respektu. Po drodze mijamy Dagmarę z Romanem, którzy właśnie się podciągają . Dla aut bez zwolnic jest to bardzo wymagający odcinek. Wspieramy ich wodą bo mają problem z chłodnicą. Ruszamy dalej.

Teren zaczyna dodatkowo się komplikować  

ponieważ koleiny są lekko wilgotne tworząc pioruńsko twardą, a zarazem lepką glinę. W którymś momencie nie trafiamy w rozstaw drogi i zdejmuje nam gąsienice. Dogania nas Roman użycza lepszych kombinerek niezbędnych do rozpięcia pasa. Dagmara kręci nam FILMIK (TU) Gąsienica oklejona tą gliną jest tak ciężka że z Arkiem nie możemy jej nawet ruszyć nie mówiąc o założeniu. Wyciągarką wciągamy ją na równy teren i zakładamy. Cała operacja zajęła nam 30 minut. Kolejne kilometry coraz bardziej nas dobijają spotykamy auta właśnie leżące na bokach które nie mają się jak wyrwać.
Nam jeszcze  chyba 5 razy spadła gąska. Tempo mamy tragiczne, minęły 4 godziny a my przejechaliśmy 10km  ze 160 . Jesteśmy już tak zrezygnowani, że kiedy kolejny raz spadła nam próbowaliśmy jechać tylko na jednej gąsienicy, a z drugiej strony napędzałynas koła.  Koncepcja nawet była dobra, aż spadła nam też druga.  Zrezygnowani podejmujemy próbę jechać bez. To też okazał się bzdurny pomysł.   
 Gąski były tak ciężkie, że nie mogliśmy ich załadować na kipę, a kiedy już się to udało to tył był tak ciężki, że koła kopały się przy byle błotnistym terenie. 6 godzina walki a kilometry nie idą, jesteśmy wypompowani ciągłą walką z gliną.
Dojeżdżamy do strumienia. Decyzja – zakładamy gąsienice, myjemy i jedziemy dalej. Kiedyś ten koszmar musi się skończyć. I tak się stało. Właśnie od tego momentu glina pozostaje za nami. Przyspieszamy. Kolejne 60km  jedziemy z manetką rozkręconą do końca czyli 25km/h. Uwierzcie mi, przy tej prędkości bez zawieszenia kręgosłup zbiera wszystko. Dalsza trasa idealna dla nas. Bardzo strome sekcje. Zjazdy i podjazdy robimy na trakcji.  Arek jest w szoku, że na takie coś da się po prostu podjechać. Przed nami pojedyncze zimniki, które również bez problemy pokonujemy. Inne pojazdy muszą tu walczyć. Po 16 godzinach mijając kolejne „trupy” – Arek stwierdza że jesteśmy jak grabarze jedziemy ostatni.  I faktycznie tak było. Na drodze spotykamy naszych konkurentów - wielkiego Hunta który wyrwał całe koło ze zwrotnicą. 

Dalej spotykamy Sherpa, który był w takiej dziurze, że nawet nie wiem jak on się tam znalazł. Wyglądało to tak, jakby jedynym ratunkiem była konieczność rozebrania go na kawałki i przeniesienia dalej. Jedziemy dalej. Wschód zastaje nas przemierzających  wielkie bagna, jest pięknie. Ptaki zaczynają żerowanie, a kiedy się zbliżamy, unoszą się na tle czerwonego słońca. Lekka mgła i zapach wilgotnego zimnego powietrza dodaje dodatkowego uroku. Kocham te chwile. W promieniu 60km nie ma tu absolutnie żadnej cywilizacji nawet nie ma fragmentu drogi. Dwudziesta godzina naszej jazdy. Na jakiejś sekcji skalnej uderzamy  tak, że z felgi spada nam koło.  
Zmęczenie daje o sobie znać coraz bardziej, ale motywacja realnego ukończenia odcinka o czasie pcha nas do działania. Zdejmujemy koło, zakładamy oponę i dalej. Po  300 metrach to samo. Okazało się, że opona nie wskoczyła dobrze na rant. Nie poddajemy się, poprawiamy koło i ogień. 30km do końca i dwie godziny. Chwilę wcześniej byliśmy na sekcji, gdzie przez 
godzinę nie mogliśmy przedostać się do toćki oddalonej 500m. Widać było wszędzie ślady ciętych lub połamanych drzew. Nawet przetestowaliśmy wariant popłynięcia wzdłuż brzegu, ale też bez rezultatu. Widać było że nikt nie mógł znaleźć przebitki aby dostać się na skalne wzniesienie które ukryte w gęstym lesie. Tutaj było widać jak wszyscy walczyli aby dostać się do punktu. Po godzinie przedostaliśmy się przez labirynt.

Ta trasa była wszystkim z czym się można było spotkać w rajdach przeprawowych. Jeżeli zebralibyśmy wszystkie próby z rajdów w Polsce i ustawili na trasie 120km to tak by to wyglądało. Wojna to jedyne słowo jakie przychodziło mi do głowy. Ilość zniszczeń i zdewastowanych pojazdów była niewyobrażalna.   Najgorsze dla tych załóg były jednak konsekwencje. Ewakuacja pojazdu wymagała od pojazdów serwisowych pokonania tej samej trasy. I tak było, wielka Hunta jechała z kołem na dachu na pomoc swojemu koledze

 23 godzina, Ostanie kilometry jedziemy polnymi drogami. Arek w podskakującym Argo zasypia uderzając głową w kokpit. Przynajmniej mnie ubawił J. Wpadamy na metę. Czas 23.49, zdążyliśmy mieliśmy 24h

 Wiktor z Krzysiem witają nas przyjacielsko - synowskim uściskiem. Chłopaki naprawdę się martwili. Mieliśmy być tu 12 godzin temu, zgodnie z moimi założeniami.  Osoby ze wsparcia innych załóg podchodziły i pytały czy nie widzieliśmy ich druzja. Niestety z przykrością musiałem powiedzieć, że kilku widziałem i nie było dobrze byli oddalenie czasami 50km stąd bez możliwości dostania się do nich np. autem wyprawowym . Marsz grabarza daje do myślenia.

Chłopaki opowiadali, że Ducato jest tak słabe, że  ledwo wyjechało. Kiedy dostało sygnał o naszym powrocie ruszyło w stronę kolejnego kampu oddalonego około 190km. Arek momentalnie zasnął w explo, ja nie mogłem. Po 50km chłopaki zatrzymuję się na stacji i meldują, że dalej Fiat nie pojedzie. Jest tylko pierwszy i drugi bieg. Łapiemy ekipę na umówionej stacji. Podczas konsumowania przepysznej świeżej, wędzonej ryby, zakupionej przy rzece, omawiamy strategię co dalej. Plan jest następujący. My jedziemy jak najszybciej na camp, Ducato jedzie tak daleko jak się da. Jeżeli się popsuje explo po niego wróci. I tak właśnie się stało. Fiat przejechał jeszcze około 30km i złom z wypożyczalni umarł.

Mamy kumulację, docieramy na miejsce około 22. Arek wsiada do samochodu i wraca do busa aby go z holować.  3 godziny w jedną stronę.  Wiktor rozpoczyna serwis Argo. Po zdjęciu kół Krzysio zauważył,  roznitowaną w kilku miejscach osłonę dna. Było to do przewidzenia, ponieważ w ostatniej chwili zobaczyłem, że użyte nity był 0.1mm mniejsze niż pozostałe.  Argo musi być gotowy na 9 rano. Ja staram się mu pomóc, ale percepcja jest mocno ograniczona, 48 h mnie wykończyło. Padam, idę spać. Wszystko jest w rękach Wiktora. Jeżeli mu się nie uda nie pojedziemy na odcinek i szanse na cokolwiek spadają do 0. Bus wrócił nad ranem od szóstej  wszyscy działali aby Argo było gotowe. Czas wyjazdu 9.05  

Udało się.  Ruszamy na odcinek.  Krzysio przez
cały czas nawiguje Wiktora. W dwójkę tworzą fantastyczny team. Wiktor prowadzi, Krzysio nawiguje na rosyjskich drogach często w oparciu tylko o azymut i domyślne drogi. Zawożą nas i odbierają z mety zero błędów, to jest niesamowite. Krzysio, był szkolony z nawigacji przy okazji różnych wyjazdów na majówkę, do Włoch czy przy okazji geocachingu. Sam musiał wyznaczyć trasę, wymyśleć objazdy korków, czy dotrzeć na azymut. Tutaj cała ta wiedza została wykorzystana, bez wsparcia i pomocy rodziców. Tylko on wiedział gdzie się znajdują. Wiktor ma do niego 100% zaufania. Pozostali członkowie ekipy również. Zaufały mu również komary gzy i meszki, które traktują świeżą krew jak przysmak z importu. Konsekwencje są na całym ciele. Czasami pomagają preparaty, ale tylko z DEAD 50% oczywiście w uni-europejskiej zabronione. Jeszcze jest wersja 80% czarna, ale od tego to prawie sama skóra schodzi :).


Comments