Dzień-1

5 rano pierwsza żołnierska pobudka.  Sprawnie pakujemy namiot, kanadyjki i opuszczamy awtopolie.
Kierunek plac św. Isaaka. Udaje się nam zaparkować w identycznym miejscu, co dwa lata temu. Na wprost prestiżowego hotelu dla dygnitarzy. 50m od placu. Aby nie zawieść tutejszej ochrony, tak jak rok temu, obok parkujących limuzyn, Dziadek przygotowuje jajecznicę na rosyjkej słoninie. PYCHA.
Ja przygotowuję traka na dzisiejszy dzień. Każdy zostaje wyposażony w radio. Robimy krótką odprawę i ustalamy plan na najbliższe godziny. Chłopaki wykorzystują czas wolny na krótką wycieczkę turystyczną. Około godziny 9 wszyscy uczestnicy licznie zbierają się na placu. Auta pogrupowane są klasami, tym samym my naszym malutkim Argo ustawiamy się pomiędzy Huntami i Sherpami. Krzysio prowadzi wzbudzając dodatkowe zainteresowanie. Po chwili podchodzi do nas reporterka z Rosyjskiej telewizji Lvie i prosi o wywiad, ale na żywo jako czołówkę. Omawiamy scenariusz rozmowy i przejazdu Argo, kamerzysta odlicza i sprawdza połączenie z bazą. 5,4,3,2,1 wchodzimy na antenę. Po krótkim wstępie pada pytanie jak to jest możliwe, że tak małym pojazdem będziemy walczyć z tymi potworami, no cóż po prostu będziemy. Na ten wyjazd nasze motto to "tisze jediesz, dalsze budiesz"
Dookoła mnóstwo widzów i załóg. Tutaj widzimy się wszyscy pierwszy i ostatni raz. Po pierwszych odcinkach odpadnie 30% ekip, taka jest przykra statystyka. Ale teraz cieszmy się, uśmiechajmy do ludzi, odpowiadajmy na pytania, to chwila dla mediów. W sumie jedyna.

Dziewczyny również zainteresowane są motoryzacją


Kiedy zjechaliśmy z rampy natychmiast ruszyliśmy na lawetę, aby jak najszybciej wydostać się z Petersburga. Co ciekawe mamy do odcinka 220km i ponad  5 godzin czasu. A i tak wiemy, że to będzie na styk.Nauka z poprzednich lat. Sprawnie opuszczamy trwające jeszcze wjazdy na rampę. Po  około 50km, Ducato zaczyna coś wariować. Z rury leci czarny dym i auto traci moc. Dojeżdżamy do stacji. Arek próbuje zdiagnozować problem. Wstępna ocena pada na wtryskiwacze. Po kontakcie z wynajmującym pada decyzja aby bus wrócił do Petersburga i się naprawił. Zaczyna być to kłopotliwe bo tam jest cały kemping. Zabieramy do explo namiot na dach kilka łóżek, skrzynkę jedzenia i uciekamy. Dziadek z Piotrkiem czekają na lawetę aby zawiozła ich do serwisu. Oczywiście w znalezieniu serwisu i lawety pomagają nam zaprzyjaźnieni Rosjanie, którzy zatrzymali się kiedy zobaczyli że mamy problemy. My uciekamy na start. Dojeżdżamy 20 minut przed startem. Przebieramy się i ogień. Początek odcinka nawet ciekawy kilka przepraw, błotniste podjazdy, trochę po zrywce, ale później zaczyna się nuda. z 10km nic droga przez las. To bardziej jest droga dla crosscountry niż dla nas i to jeszcze na gąsienicy.  W godzinę robimy połowę 2/3 trasy. jak tak dalej pójdzie to za chwilę koniec.
 Nuda, nuda nuda. Nagle na jednym z zakrętów widzę jak prawe przednie koło mi odjechało. Jestem w szoku nigdy nie było czegoś takiego. Wiem jedno. Jest źle. Oglądamy z niedowierzaniem co się stało. Szpilki od dystansu są ucięte jak nożem, a wszystkie śruby całe luźne. Okazuje się, że z drugiej strony jest to samo, ale nie 
odcięło jeszcze szpilek. Wniosek jest jeden, na testowym serwisie dzień wcześniej, ktoś nie dokręcił przednich kół. Szukanie winnego nie ma sensu, trzeba wprowadzić procedury zapobiegające tego typu sytuacjom. Od teraz wszystkie strategiczne elementy będą 
zawsze weryfikowane niezależnie przez dwóch mechaników. No dobra przyszłość mamy z głowy, ale wróćmy do teraźniejszości. Mamy siedem kół i trzeba jechać z czego jedno poluzowane i brak klucza. Arka Letereman zaczyna robić za przenośny klucz do kół. Zdejmujemy gąsiennice, ładujemy na kipę i ruszamy. Duży ciężar jest na tyle więc bez koła da się jechać. Arek walczy z utrzymaniem równowagi, siedząc na pace. Nawet sprawnie się przemieszczamy, ale co chwilę sprawdzamy luz na kole. Jednak coraz częściej zaczynamy używać wyciągarkę. Coraz bliżej do mety, może tak źle nie będzie. pozostał 1km, gdy nagle pojawiają się dwa wysokie zjazdy i podjazdy. Na trakcji w takim stanie nie damy radę. Znowu winch. Przed nami zakopały się auta więc wytyczamy nowy szlag. Ostatni podjazd i meta, jednak w jego połowie coś nas zatrzymuje tak mocno, że nie możemy zrobić żadnego ruchu. Cały czas okręca nas wokół osi. Okazuje się że jakiś gruby konar podszedł nam pomiędzy środkowe koła tak idiotycznie że zapiera się o półosie.
 
Jesteśmy na ostrym podjeździe wiec manewry również mamy ograniczone. Podkładanie bali, poduszki pneumatycznej. kontrowanie winchem nic nie daje, co za cholerstwo.  Do gry wchodzi piła spalinowa. Powoli wkładamy ją pomiędzy opony i zaczynam nacinać.Jeden zły ruch i potnę koła. Wreszcie udaje się, jesteśmy wolni. Wolni ale z padniętym akumulatorem, coś zabrakło ładowania. Winch umarł. Kurwa jakaś kumulacja. Stoimy 300 metrów od mety i nie możemy dojechać.  Prosimy jakaś załogę o pomoc - odmawiają. Po czasie prosimy inną aby nas tylko kawałek szarpneli. Jest noc każdy się boi, że coś sobie zrobi. Nareszcie chłopaki pomagają. Dwa szarpnięcia i jesteśmy na górze. Odbijamy Chip na mecie. Koszmar - czas ponad 5 godzin, a mogło być 1,30, ale mogło być jeszcze gorzej taryfa. Dobra, nie ma co, to tylko pierwszy dzień. Martwię się tylko czy odzyskamy tuleje od szpilek, bo całego kompletu nie mamy. Arek pociesza mnie że nie będzie problemu. Docieramy na camp. Tam spotykamy Piotrka i Dziadka z Ducato. Rozbijamy obóz, i zaczynamy naprawę. Nastroje są nieciekawe ze względu na przebieg wydarzeń. Ale nie ma co dobijać grupy tylko konstruktywnie rozwiązać problem na przyszłość.  Przez tak banalną rzecz jak nie dokręcenie czegokolwiek można z jednej strony wykluczyć się z rajdu, a z drugiej narazić się na niebezpieczeństwo, a tego nikt nie chce. Mamy wstępną nauczkę. 

Comments