Dojazd do Petersburga



I zaczęło się,

Po dwóch miesiącach intensywnych przygotowań szykujemy się do ostatecznego pakowania. Ten czas dla wszystkich był bardzo intensywny. Samo Argo zostało rozebrane dosłownie do ostatniej śrubki - 753 części.  We wszystkich robotach brał udział nowy członek załogi 10-letni Krzysio, który w spokoju i z anielską cierpliwością, demontował i instalował cały układ napędowy przy okazji oczywiście uwalając się po same uszy w ropie benzynie.  Nitowanie, wiercenie czy cięcie plazmą podczas  robienia osłon nie było mu obce. W ciężkich robotach pomagał główny mechanik Wiktor, również świeżak Ładogowy, serwisując explorera, Argo oraz  konstruując stelaż do przyczepy, bo w tym roku nie chcemy aby wszyscy wiedzieli, że mamy mały czołg na lawecie.

Dzień przed wyjazdem odbieramy Busa. W szale dobudowujemy mu regały z przypadkowych profili i płyty OSB. Nie ma czasu na finezje, ma być przede wszystkim praktycznie. Ducato maxi jest znacznie mniejszy od Sprintera jakim do tej pory jeździliśmy dlatego musimy wykorzystać  100% dostępnego miejsca. Wszystkie półki są dopasowane pod konkretne sprzęty jak kompresor, spawarka, silnik ze skrzynią i oczywiście głośnik estradowy J. Podczas konstruowania regałów przez Witora okazało się, że nie zmieścimy Arka agregatu trójfazowego. Zapada decyzja kupujemy walizkowy 2kW Kipora. Na Syberii spisał się rewelacyjnie. Cichy, mały lekki. Okazało się, że migomat też na nim zadziała, sprawnie łącząc 3mm profile.

Kochana Żona Łucja od kilku dni jak zwykle podczas moich fanaberii zajmuje się zaopatrzeniem. Wyposaża nas w tony jedzenia, sprzęt biwakowy, brakującą elektronikę, zgodnie z długa listą. Po całodniowym poszukiwaniu znalazła idealne krzynki w które udało się równomiernie rozmieścić cały majdan na regałach.

Prace mieliśmy skończyć do 18, ale jest jak zwykle 22, a w domu jeszcze ostanie weryfikacje, wydruki naklejek i dokumentów.

 

4,45 – budzik zrywa nas z łóżka. Właściwie to przebudza bo jeszcze dwie godziny temu wysyłałem informacje do Piotra aby zabrał kompresor. Znosimy ostatnie walizki, dziadek przyjeżdża w miejsce zbiórki, ale zapomina dokumentów na granicę, musi wracać. Atmosfera rajdu zaczyna się udzielać, presja czasu i towarzyszące temu nerwy rozpoczynają swoje żniwa i będą nam towarzyszyć przez najbliższe dwa tygodnie. Kto wytrzyma ?

 Około siódmej odbieramy Piotra z okolic Prószkowa. Pierwszy raz się widzimy, uciskając mu dłoń  intuicyjnie wiem „jest dobrze” wcześniej mieliśmy tylko pojedynczy kontakt telefoniczny. Na tym wyjeździe ludzie to  najważniejszy element układanki. Sprzęt zawsze można naprawić, kupić, ale człowieka nie da się zmienić. Nauczek mieliśmy już wiele. Piotr został wytypowany w zastępstwie Michała, który miał  być odpowiedzialny w zespole za całą logistykę, kiedy z Arkiem jesteśmy na odcinku specjalnym. To strategiczna funkcja ona decyduje czy ekipa serwisowa będzie tam gdzie być powinna i czy na czas przemieścimy się na kolejny OS. Tym samym rola do zastąpienia jest bardzo trudna, szczególnie, że jeżeli postawimy warunek, że osoba powinna być wcześniej na Ładodze to liczba kandydatów bardzo się nam kurczy.  

Arka z pułtuska udało się nam zabrać około 9. Na miejscu zrobiliśmy jeszcze mały test nowego agregatu  z Arka kompresorem, no bo po co brać kompresor jak agregat nie wydoła, ale jest OK.


Kierunek Estonia, przejście graniczne Luta. Dlaczego ? Ponieważ w nocy jest zazwyczaj puste.

 Czas podany przez Hołowczyca to 16 godzin. Jedziemy bardzo sprawnie, przerwy tylko na tankowanie. Ze względu, że Ducato nie ma Viatolu przez Polskę przyczepę ciągnie EX (explorer). Co tankowanie zmieniamy konfigurację kierowców, tak aby wszyscy się poznali i przyzwyczaili do aut.  Na Litwie Bus łapie przyczepę i śmiga z nią dalej. Ta kombinacja pozwoliła nam uzyskać optymalną prędkość przelotową równą 100km/h idealnie. Kilometry mijają i nieubłaganie zbliżają się do 0 gdzie czeka nas pierwsza przygoda, czasami nie do przejścia -  GRANICA.  Oczywiście nie byłoby wyjazdu gdybyśmy na Łotwie nie zapłacili za „coś”, więc tradycyjnie złapała Nas policja tym razem za 98km z przyczepą i brak świateł w lawecie.  Aby było zabawniej to wszystkie światła przy Exie działały. Problem trzeba było rozwiązać bo zbliżał się zmierzch. I tu mamy pierwszy test zespołu, jest awaria trzeba ją szybko rozwiązać. Miłe zaskoczenie, wszyscy angażują się na 100%. Jeden sprawdza lampy, drugi gniazdo, trzeci bezpieczniki, czwarty okablowanie pod autem.  Dzięki takiej intensywności po 15min zdiagnozowaliśmy źle wykonaną instalację na poziomie modułu. Jeden kabelek i kilka przepięć rozwiązało zamknęło temat. Ruszamy dalej. Po drodze jak napotykamy wzmożoną liczbę wypadków, czujność rośnie jest


1 w nocy – Znany nam parking przy przejściu granicznym Estonia - Rosja wyłania się za wzniesienia. Zaczyna się. Estończycy z zaciekawieniem, aczkolwiek nie do końca uprzejmi wypuszczają nas z Unii Europejskiej. A w Rosji ?

Podczas  rosyjskiej odprawy paszportowej zawsze towarzyszą lokalni przyjaciele - Komary. I tu jest taka zależność im dłuższej wypisujesz znane karteczki do każdego Paszportu tym bardziej jesteś pogryziony, ale co gorzej Pani pogranicznik również, a to działa podwójnie na Twoją niekorzyść.

Ale prawdziwe problemy wygeneruje kolejne okienko „odprawa celna”. Mimo wielu przejazdów dziesiątków dokumentów, pism, czerwonych pieczątek, zawsze coś się znajdzie czego nie mamy.

Młody pogranicznik zaczyna analizę dokumentów. Wchodzę na wyżyny swojego rosyjskiego tłumacząc, co robimy, gdzie jedziemy, dlaczego amfibia nie ma dowodu rejestracyjnego, dlaczego mamy Busa załadowane jak na wojnę itd.

 Podsumowanie: nie ma pieczątki notariusz na umowie najmu.  Do tej pory nie musiała być, a teraz musi, a poza tym te oświadczenia, które rok temu były dobre teraz trzeba napisać inaczej. Oczywiście ten wniosek jest po 4 godzinie wertowania całego składu, ważenia namiotu, deklarowania spawarki i takie tam normalne procedury wjazdowe. Na szczęście mieliśmy tajną broń.  ALINA  --fantastyczna dziewczyna, która od trzech miesięcy przypominała dziadkowi Rosyjski w mowie i piśmie. Od dwunastej w nocy dzielnie czekała na telefon w razie mega problemów. Do szóstej rano spędziła z nami już nie wiem ile czasu na telefonie ( na rachunku się dowiem J ) tłumacząc szanownej władzy różne zawiłe aspekty i dyktując jak powinno brzmieć oświadczenie, które władza chciała.  Powiedzmy sobie wprost bez niej byśmy nie wjechali, a na pewno nie na tej zmianie.

ALA WIELKIE DZIĘKI OD CAŁEGO TEAMU

Dziadek dzielnie rysuje  bukwy generując przepustkę do raju J.  Po ponad 5 godzinach dostajemy
 upragnione deklaracje. Mój mózg jest tak zlasowany, że zasypiam po opuszczeniu strefy granicznej. Ale trzeba szukać plusów, na tej odprawie zyskali chłopaki którzy solidarnie wykorzystali czas na sen. Jest to tu bardzo ważne, bo nigdy nie wiadomo kiedy będzie następna okazja. Zawsze pierwszeństwo ma rajd.

Po  400 km zbliżamy się do Petersburga. Po drodze jak napotykamy 

wzmożoną liczbę wypadków, czujność rośnie, jesteśmy w końcu w Rosji kraju gdzie współczynnik wypadków ze skutkiem śmiertelnym jest jeden z największych.

Dojeżdżamy do ABTOMARKET czyli kompleksu marketów z salonami samochodowymi. Tutaj czeka na nas zamykany parking, tego jeszcze nie było. Do tej pory spało się przy drodze na trawie. Jest postęp organizacyjny. 

Rozbijamy namiot Adama, który od razu staje się zbawieniem bo właśnie zaczyna padać.
 DZIĘKI ADAŚ. Jesteśmy póki co jedyni z namiotem serwisowym więc trochę się wyróżniamy. Chłopaki z Soczi dobrze znają logo BombaTeam, wiec od razu witają się i ustawiają koło Nas. To załoga która wielokrotnie wygrała Ładogę, tym samym jak widać najlepsi stoją wśród najlepszych :).


Comments