Dzień 7-Droga drwala

Droga drwali i kościół. Te nazwy wzbudzają w każdym uczestniku Ładogi chwilę zwątpienia. 

 Pod względem bezpieczeństwa jest to najbardziej ryzykowna trasa. Uszkodzenie auta skazuje załogę na poradzenia sobie we własnym zakresie  lub dojście na pieszo do mety w najbardziej pesymistycznym wariancie około 40km. Żadne auto serwisowe nie ma szans na przedostanie się tam. Chyba, że będzie to pojazd przystosowane do jazdy w klasie proto tr3 lub ciężarówka klasy kraz 8x8.

Szusta godzina pobudka. Adam punktualnie  o 8.11 wystartował.
My robimy mały przegląd amfibii i szykujemy się na wyjazd. Bardzo dobrze pamiętam tą drogę.  Najpierw jest  przejazd około 20km przez pioruńsko bagnistą drogę, a następnie pościnane i rzucone na drogę bale wytyczają szlak. Kamil z Kasią bardzo źle wspominali ten fragment, ponieważ przenoszenie quada przez, każde drzewo na odcinku kilku kilometrów jest wstanie wykończyć każdego.

Wybieramy wariant jazdy pod prąd z tej strony szybciej dostaniemy się do Ciekawych punktów przeprawowych. Na początku spotykamy Juria, który razem z ekipą filmową rejestrują zmagania wzdłuż długiego prostego przejazdu, gdzie koła całkowicie zanurzone w gęstej mazi wyrzucają w górę pościnane bale. To właśnie one są odpowiedzialne za wszelkiego rodzaju uszkodzenia zawieszenia lub kół.

Po chwili uwieczniania zmagań z klasy open ruszamy nad wodę. Tutaj robię spływ i kotwiczę się na środku rzeki. Z tego miejsca  mam doskonały widok na załogi, które w sposób spektakularny przeprawiają się na druga stronę. Najpierw trzeba zjechać z 3 metrowego krawężnika wprost do wody. Następnie powoli po kamieniach wydostają się na brzeg. I znowu najtrudniej mają tu quady  co kończy się dla niektórych frontfilpem (przewrót w przód z quadem). Przez cały czas mamy kontakt ze sprinterem. Jedyne co nas martwi, że mimo godziny 16 przejechało bardzo mało załóg z klasy proto i tr3.



16,30 – komunikat z CB. „Wojtek wracaj Arek tu doszedł, Adam się popsuł”. Zgodnie z instrukcją przerwałem konsumpcje puszki z ananasami i zawróciliśmy na start. Tam prawie nieprzytomny Arek próbuje nam powiedzieć co się stało. Niestety tylko wie, że padł alternator i wyruszył o 10 rano. Przez 7 godzin marszu przez bagna zapomniał w którym punkcie jest auto. Brak tej informacji utrudnił opracowanie planu dojazdu. Pakujemy niezbędne części i ruszamy tym razem w poprawnym kierunku.
Tak jak pamiętałem cały czas bagnista droga na której co chwilę spotykamy zniszczone auta quady i ludzi proszących o wodę, wysłanie sms czy inną pomoc. Jeden Rosjanin pokazał nam jak w wielkim quadzie połamał 3 felgi. W jednej z nich zrobił 6cm dziurę. Ta droga nie chciał się skończyć. Po 3 godzinach przejechaliśmy 15km i ciągle nie widzimy Taxi.

Nagle Arek wyskakuje na drogę i chwyta pokaźną żmiję, których faktycznie jest tu wiele. Las, bagno, błoto ciągle to samo. Co chwilę szturman  mówi, że to już za kawałek za tym zakrętem. Ale w takich warunkach pamięć jest zawodna. Nie ma tu żadnych punktów charakterystycznych wszystko jest takie samo.
W okolicach 20 km dostrzegamy człowieka siedzącego na dachu samochodu. Postać jest  idealnie pod słońce wiec nie wiadomo kto to. Dwadzieścia metrów, to on.

Dla niego minęło 10 godzin kiedy pilot poszedł po pomoc, bez fajek zegarka to trwało wieczność. Biorąc pod uwagę, że nie ma nocy, nie da się określić pory dnia. W jego głowie powstały wszystkie  możliwe scenariusze. Kolega żaba opowiadał jak to nosił w takim terenie akumulator w te i z powrotem. Odparzył sobie stopu do takiego stopnie, że zeszła mu skóra i nie mógł dalej iść. Towarzyszące roje gzów, muszek i komarów, cały rok czekają na towar z importu i chcą się najeść na cały rok. Tu nawet spray z DEET nie pomaga.

Pomoc dotarła to jest najważniejsze. Adam się uspokaja i w formie żartu już opowiada o czym myślał. Uruchamiamy samochód i ruszamy.

Z naszej analizy mapy i naszego porannego rekonesansu wynika, że warto przebić się jeszcze 1km do trochę bardziej przyjaznej drogi. Z każdą kałużą jest jednak coraz gorzej. Po chwili musimy z Michałem rozbujać amfibię aby przepełznąć przez bardzo podmokły teren. Jeżeli my mamy problem to wiadomo, że dowolne auto musi się ciągać i idzie na peryskopową. Arek w klapkach rusza do przypinania liny. Na odcinku 400m musieli przypinać się z dziesięć razy. Wkurwienie Adama sięga zenitu po terrorze psychicznym w oczekiwaniu pomoc teraz musi kontynuować walkę o przetrwanie. On chciał wracać tą samą drogą, którą przyjechał, ale my powiedzieliśmy, że tu za chwilę będzie łatwo miło i przyjemnie.

Michał siedzący ze mną powtarzał „ dawaj jedziemy bo on nas zajebie”. Kiedy przeprawiliśmy się przez głęboki kanał  w gęstym lesie to za naszymi plecami było tylko słychać dźwięk ryczącego V8 i taranowanych na chama drzew. Ten destrukcyjny jazgot w pełni oddawał emocje w taxi. Jak to nam Arek później powiedział „ chłopaki Adam miał taką pianę na pysku, że zastanawiałem się czy nie wracać na pieszo”. Z tego wszystkiego najgorsze było to, że do naszej super drogi pozostało jeszcze 400m, a przed nami kolejny las lub w alternatywnie porozrywany zimnik.

My idziemy przez zimnik, chłoapki lasem. Tutaj spotykamy kolejne 3 quady z powyginanymi kołami, porwanymi linami. W ekipie była dziewczyna, wzrokiem błagając o litość. Napoiliśmy ich i zabraliśmy wiadomość do bazy. Miejsce w którym byli było najbardziej oddalonym punktem. Po kolejnych 400m faktycznie jest upragniona droga oczywiście fragmentami wyposażona w błoto, ale nie ma bali, które dla nas są wyjątkowo niewygodne. Chłopaków nie widzimy więc albo wyrwali do przodu, albo co gorsza zawrócili. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do bazy. Taxi nie ma. Co się stało? gdzie są ? jest 12 w nocy. Musieli zawrócić, a jeżeli popsuli się na północy ? to znaczy, że znowu musimy tam jechać. Dokręcamy śrubkę w jednym mocowaniu gąsienicy, tankujemy i szykujemy się na drugą rundę.


Nagle słychać głos rozkręconej benzyny. Ulga, są.  Adam po paru godzinach ochłonął i już z uśmiechem opowiada co czuł kiedy zawrócił i znowu musiał pokonać wszystkie te jamy. Nerwy są bardzo złym doradcą. W chaosie i jeździe pod prąd jeden z bali zamienił się w kopię i stając na sztorc przebił siedzenie kierowcy Sparko. Lepiej już nie myśleć co się mogło stać. Nauka jest jedna spokój i opanowanie do końca.

Na bazie przekazuje informacje serwisowi załogi od tej biednej dziewczyny. Inna ekipa przychodzi i pyta się o dwa quady czy ich widzieliśmy. Niestety, widzieliśmy i mieli połamane półosie. Adam też ich widział rano w tym samym miejscu. Co znaczy, że tam stoją. Rosjanie proszą nas o ewakuacje ludzi. Jest 1 w nocy dojechanie i powrót zajmie nam 5 godzin. 

Tutaj ludzie pomagają sobie prawie zawsze bo tylko na siebie mogą liczyć. Za to również kocham wschód. Relacje międzyludzkie, są tu nadal najważniejsze, a prawo i przepisy są daleko w  z tyłu. Jesteśmy tego nauczeni. Wielokrotnie pomagano nam na Syberii całkowicie bezinteresownie.  Nie zastanawiamy się zbyt długo. Przepakowujemy się, zabieramy kolejny bak paliwa i ruszamy.

Razem z Michałem atakujemy drugą pętlę. Co chwilę spotykamy porzucone quady, samochody czy UTV. Samochody, które dojechały do mety wracały z porozrywanymi kołami. Hondurasy również musiały się  ewakuować. My mkniemy dzielnie naszym wiezdziechodem 8km/h. To prędkość, o której inni mogą tylko tutaj pomarzyć. Po 2,5 godziny docieramy do miejsca w którym widziano ich po raz ostatni. Jednak ich tu nie ma. Jedyne co mi wpada do głowy, że jakoś się naprawili i pojechali na północ do innej drogi tam może być tylko łatwiej. Właściwie to wszędzie musi być tylko łatwiej. Wracamy. Wśród krzaków widzimy niedźwiadka. Michał w gotowości. Z nożem bojowym i racą na niedźwiedzię w, która wyposażyła mnie żonka jest gotowy do walki. Z tą prędkością i w tym terenie raczej mu nie uciekniemy.

Ów to tylko kula krzaków na kamieniu skupiona w dziwnym kształcie. Zwidy, zmęczenie, 5 rano. Michał przymyka oczy podskakując na nierównościach. Ja rozkręcam manetkę i na pełnym gwizdku przeskakuje z jednej półki błotnej na drugą. Momentami odpinam reduktor aby było szybciej. Oby jak najszybciej do Sprintera.

Dojechaliśmy, rosyjska ekipa potwierdza nam moje przypuszczenie. Ich druzja dzwonili, że są na drodze publicznej.  Po chwili przyjeżdża kolejne auto szykujące się na pomoc dziewczynie zostawionej w czeluści. Doradzam im aby pojechali do około, tam gdzie wyjechały te quady, tam musi być łatwiej. Jest to 120km do okoła, ale sama wybitka musi być prostsza. Chłopaki mają naklejki Ładogi więc wiedzą, że tu nie ma żartów i korzystają z rady. Kiedy my resztkami sił pakujemy naszego wszędołaza na lawetę, na końcu drogi widać coś przemieszczające się w naszym kierunku. To quad z każdym innym, krzywym kołem. Na nim on i ona. Wyglądała bardzo słabo. Z trzech quadów zrobili jednego i przez 7 godzin udało im się wrócić.

Jak pisałem na początku to odcinek, który uczy pokory i szacunku to tutejszej przyrody. Tutaj auta nie ściągają się miedzy sobą. Każdy chce tylko dojechać do mety. Jak zdąży o czasie to jest szczęśliwy.

Tak nasza przygoda z Ładogą w 2014 dobiega końca. Jak co roku jest inaczej i zawsze coś nowego.

Dziękuje całej ekipie za mile spędzony czas. W tym roku cały zespół naprawdę zgrany.

Oczywiście podziękowania dla mojej kochanej Łucja i dzieciaków, którzy zawsze mnie wspierają. Te piękne miejsca znają tylko z opowieści i zdjęć, ale niedługo przyjedziemy tu wszyscy razem. I gratulacje dla mojego Taty, który mimo bycia dziadkiem dzielnie znosił trudy podróży i zawsze pomagał we wszystkim co było możliwe. Babcia możesz być dumna. 


Ladoga-2014-wyniki


Comments