Dzien 5-Stakanovka

Brak snu zaczyna nam doskwierać. 8 rano pobudka, naprawa taxi i z całym bałaganem opuszczamy kamp. Oczywiście w pośpiechu zawsze musi się coś wydarzyć i tym razem blokuje się koło w dużej przyczepie. Szybka naprawa Arka aktywuje ruch postępowy lawety.

Przenosimy się już na południe gdzie czeka kolejna ciekawa trasa. Sprinter z przyczepą i Michałem zostają w miasteczku, my z amfibią gonimy 20km szutrami do linii startu. Jesteśmy znowu idealnie 30 minut przed regulaminowym czasem. Nagle podchodzi do nas ekipa czerwonego zła i mówi, że tylni kalos nam lata. Makabra brakuje dwóch nakrętek, całe koło jest luźne, a przy próbie dokręcenia kolejna szpilka urywa się. Chłopaki muszą wystartować bo inaczej będą mieli skreślony dzień.

Plan – my jedziemy po szpilki do sprintera, oni startują i zatrzymują się 200m od startu,  następnie my wchodzimy na odcinek i przekazujemy im dyskretnie paczkę . Właściwie nie jest to zgodne z regulaminem, dlatego po przekazaniu towaru wracamy  z hi-liftem i narzędziami przez las, aby nikt nas nie zauważył. Chłopaki przez naprawę stracili już godzinę. My wracamy do amfibii i jedziemy na środek trasy gdzie wszyscy będą się męczyć przez olbrzymie mokradła graniczące z płytkimi jeziorkami. W czasie holowania michał zwraca uwagę na wysoką temperaturę trzysety. Okazuje się, że pękną wąż od nagrzewnicy, dodatkowo zaczęło nam schodzi powietrze z przyczepki gdzie nowa opona została poważnie nacięta. Szybka naprawa pozwoliła nam ruszyć dalej.

Amfibia znajdujemy fantastyczny punkt foto, gdzie auta i quady muszą przedostać się przez sześcio metrowy rów. Jest głęboko. Czyste słoneczne, niebo sprzyja sesji fotograficznej. Uwieczniamy i dopinguje kolejne załogi które właśnie tu docierają.






Po przejechaniu ostatniej załogi nastąpiła absolutna cisza. Nie słychać, ani nie widać naszych. Ruszamy w ich kierunku. Po trzech km dostrzegamy żółtka. Chłopaki nie mogą znaleźć sobie własnego śladu. Ciągle wpadają w porozrywane dywany i muszą się ciągać. To bardzo spowolnia tempo. Minęła połowa czasu a oni przejechali ¼ drogi. Ale jest piękna pogoda więc niech się bawią w końcu po to tu przyjechaliśmy. My korzystając z okazji wodujemy się w jeziorze, które okazuje się na całej swojej powierzchni głębokie na 1 metr. Nagrzana woda sprzyja pluskaniu się. To już kolejna kąpiel zaczyna być częściej niż w domu :). Chłopaki mijają nas przy samym brzegu, a my z naszego jachtu oklaskami i gwizdami wspieramy ich na duchu, tak  jak robią to prawdziwi kibice.

Jako, że nie chce się nam wyjeżdżać na ląd i przepychać przez las z komarami, dosłownie przeciągamy nasz okręt na drugą stronę jeziora idąc po dnie jeziora. Po wyjechaniu na brzeg musimy przedostać się przez jeszcze jeden rów, ale tym razem nikt nie chce wejść do wody. I tutaj przydała się kolejna niezbędna rzecz zabrana na wyjazd. Pożyczona od Wiktora kotwica saperska podczepiona do wyciągarki sprawia cuda. Wystarczy jeden rzut i swobodnie wydostajemy się na ląd. Dojeżdżamy do znanego  nam rowu gdzie tym razem nasza załoga musi przedostać się na drugą stronę. Adam lubiący głębokie zanurzenia topi całą maskę samochodu i powoli głównym śladem przekracza mętną wodę samodzielnie wyjeżdżając na drugą stronę. Tutaj uświadamiam Adama, że dalsza jazda mija się z celem bo za godzinę zostaje zamknięta meta, a jesteśmy w połowie trasy. Wszyscy wracamy do miasteczka gdzie czeka na nas wyspany Michał. Posiłek i w drogę. Dzisiejszą noc spędzimy nad brzegiem  Ładogi w świerkowym lesie. Przed nami dzień wolny.

Comments