Dzien 4-Morenowe


Dzień zaczynamy, od pysznej jajecznicy na rosyjskim sadle.

Kto jej nie jadł niech żałuje. Długo dojrzewająca słonina z przyprawami rozpływa się w ustach, a skwarki po wytopieniu można by jeść bez końca.  Nasyceni ruszamy nad morenowe jezioro. Odstawiamy Adama i jedziemy na finisz. Nie do końca możemy sobie przypomnieć gdzie jest to piękne jezioro wyłożone gigantycznymi otoczakami. Dlatego mamy plan przejechać trasę od tyłu. Jak wymyśleliśmy tak zrobiliśmy. W godzinę czasu na gąsienicy przejechaliśmy WI3/4 trasy proto, wiodącej przez mokradła przy samej granicy małych jezior. Dokoła nas przecinają się trasy z innych klas gdzie potopione jeepy, patrole i landryny błagają o litość. Dotychczas naszego celu nie napotkaliśmy. Pada kolejna koncepcja. Jedziemy na start i robimy brakujący odcinek od początku. To również nie przyniosło oczekiwanego efektu ponieważ po około 500m napotkaliśmy na wielkie zbocze z kamieni pod, które właśnie próbowały wjechać quady. Cofamy się i po konsultacji z sędziną jedziemy do alternatywnego dojazdu. Aby było szybciej zrzucamy gąsienice i mkniemy szutrami do celu. Przebijając się śladami wielkich buggerów docieramy do jeziora u brzegu którego mamy kolejne apogeum. Kilka aut na grubo wbitych , wiele quadów, które łapiąc się nawzajem jeszcze bardziej idą na dno. To jest takie miejsce gdzie kotwica nie działa ponieważ poszycie dna jest za rzadkie, załogi którym udało się przejechać powyrywały ostatnie patyczki. Po chwili wśród warkotu jęczących silników słyszę „chłopaki, chłopaki tutaj, poczekajcie”, nie do końca mogłem zlokalizować kierunek nadchodzącego dźwięku, ale nagle wśród bagien wyłania się zdyszany zziajany Arek. Okazało się że Adam złamał wąs w przekładni i nie jest wstanie dalej jechać. Rosjanie powiedzieli im, że amfibia jest na bagnach dzięki temu Arek nas znalazł.
Rzecz nad którą musimy popracować na przyszłość to profesjonalne lokalizatory aby zawsze znać pozycję swojej załogi. Tutaj są bardzo duże przestrzenie i ciężko kogoś znaleźć szczególnie że dróg jest nie wiele
Jedziemy do Uszkodzonego samochodu. Faktycznie złamany wąs uniemożliwia kierowanie. Szybka decyzja. Odwozimy Argo wracamy z lawetą, w międzyczasie chłopaki w dowolny możliwy sposób docierają do najbliższej drogio oddalonej jakieś 150m. Koło 22 akcja ewakuacyjna została zakończona. Ta przykra niespodzianka spotkała wszystkie polskie załogi. W skorpionie również uszkodziliśmy przekładnię na jakimś beznadziejnym drzewku, a Marcin z Magdą  miał podobny problem z układem kierowniczym.  Może to jakiś urok w końcu w znaczącej części Rosji dominuje szamanizm.

Chłopaki o północy jadą szukać spawacza, który naprawi usterkę. Oczywiście tutaj zawsze takiego się znajdzie o dowolnej porze dnia bo nocy właściwie nie ma. Koło drugie w nocy wracają jest OK.

Comments