Dzien 2-Bobry

Poranek zimny. Idziemy sprawdzić wyniki. Szok „Aluminiak” przejechał cały wczorajszy OS w 3.25. 1300kg,  bugger 38” mega doświadczenie – to działa. Jednak tylko 9  załóg ukończyło w regulaminowym czasie ten OS. To dopiero początek więc trzeba skupić się na dniu dzisiejszym i robić swoje. Według dzisiejszego roadbook’a  trasa składa się z trzech odcinków o łącznej długości 30km. Rok temu były to tylko dwa szybkie OS, które Adam ukończył w niecałe dwie godziny. W tym roku poziom wody jest ewidentnie znacznie niższy co było widać po pierwszym dniu znaczy powinno być jeszcze łatwiej.  Jednak pozornie łatwa trasa może zgubić największych wyjadaczy. Małe błotko, a w  nim metrowy kamień przy 50km /h zniszczy każde zawieszenie. Trasa jest bardzo wąska typowa na ścigankę wiec amfibię pozostawiamy na bazie. Stajemy w punkcie widokowym środkowego odcinka gdzie ma nastąpić tankowanie. Trasa prowadzi przez wielkie kamienie poukładane jakby to były klocki lego. Przeciętna średnica kamyka to 80cm. Dlatego tutaj są tylko klasy z dużymi kołami. Właśnie na takich sekcjach samochody, są znacznie szybsze od quadów dla których te przeszkody są niewspółmiernie do ich małych kółeczek, duże. Po twardej sekcji, przechodzimy do małych przepraw w melasie następnie wracamy na twarde. Cały trasa prowadzi w pięknym lesie z bardzo wysoką, podmokłą ściółką.  Tak jak się spodziewałem Adam nadjeżdża do końca drugiego odcinka po około dwóch godzinach. Cały czas jedzie bardzo asekuracyjnie i technicznie. Omija podejrzane jamy wytyczając nową  trasę taranując niewielkie drzewka.
My w między czasie przenosimy cały dział techniczny nad niewielkie jeziorko  gdzie pierwszy raz od kilku dni bierzmy kąpiel. Ze względu, że zejście nie było miłe wodujemy się Argo. Po orzeźwiającej kąpieli wracamy na środkowy odcinek gdzie Michał tankuje TAXI. Niestety część paliwa zamiast do baku skierowała się w stronę operatora i tyle było z bycia czystym.

Pilotujemy taryfę na ostatni fragment trasy. Dojazd miał zająć 16km, ale chyba na skróty bo my zrobiliśmy ponad 40km. Tym samym po zostawieniu Adama, defenderem robimy sobie własny OS w poszukiwaniu magicznej drogi o długości 16km. Dysponując dokładnymi rosyjskimi mapami wyznaczam alternatywną trasę powrotną. Po przedarciu się przez coś, co nadużyciem było by nazwać drogą, zakończyliśmy jazdę na wysokości pseudo mostka. Ów kładka składała się częściowo z bali, które było widać na powierzchni, z prętów, kątowników i tregry, które były niewidoczne w rwącym potoku. O tej drugiej

mniej przyjemnej informacji dowiedzieliśmy się od tubylców, którzy mocno odradzili nam przeprawę samochodem. Oczywiście niedowiarek michał musiał przekonać się osobiście. Po wejściu do rzeki i nadepnięciu pierwszego elementu kratownicy uznał wiadomość za wiarygodną.

Kiedy my próbowaliśmy wrócić do obozu, Adam walczył na pionierskiej trasie o nazwie bobry. Sama nazwa intryguje i jak każdy nowy szlak budzi ciekawość. Organizatorzy starają się pokazać najpiękniejsze miejsca w Kareli mimo działaniom zielonych, którzy o dziwo również tu dotarli  z roku na rok ograniczają nam dostęp do tych miejsc. Dla przypomnienia 4 lata temu dostępny był  przejazd przez: słynny wodospad,  jezioro morenowe, plażę Ładogi, wydmy. Dziś wszystkich tych odcinków już nie ma. W zamian są inne, ale równie urokliwe.

 Adama cytat po powrocie -  „ To co tam widziałem to esencja offroadu. Wszystkie możliwe rodzaje nawierzchni, skały, kamienie polodowcowe, zimniki, rzeki, łąki, a to wszystko w krajobrazie Bieszczad lub Tatr”.

 Wielkie podmokłe koryta rzek były pełne żeremi. Pilot próbując się przemieścić zachowywał się jak spławik podczas brania. Raz był na wierzchu, a po chwili znikał. Tutaj trzeba wiele razy zastanowić się zanim się zdecyduje na jakiś wariant. Jedna z załóg podjęła pochopna decyzję, prawie przewracając się w tej mazi. Adam jako gracz fairplay zawsze niesie pomoc. Tym razem nawet docenił to również Juri, który właśnie był z ekipą filmową i pogratulował Adamowi. Spokój i rozwaga pozwoliła im opuścić to miejsce z dużym zapasem limitu czasu. Aczkolwiek gdyby to nie był rajd człowiek mógłby zaszyć się tam na miesiąc.

Cały dział techniczny spokojnie czeka przed magiznem, jedząc rosołek i inne przysmaki zrobione przez Mamusię. Zasłużone piwko i w drogę na północ. Przed nami najwyżej położony kamp.  Całą noc jest tam  tak jak u nas pół godziny po zachodzie słońca. Poświata na niebie jest bardzo wyraźna i noc nigdy nie chce nadejść. Docieramy koło północy, to był ciężki ale dobry dzień z satysfakcją idziemy spać.

Comments