Dzien 1-Zimnik

Pobudka 5,30.  Cały zespół póki co trzyma dyscyplinę, wszyscy wiedzą co mają robić. O godzinie 6 ruszamy i kierujemy się w stronę placu św. Isaaska.  Co roku jest tu walka o miejsce dla aut technicznych. Wszyscy chcą stanąć jak najbliżej.

Poranny reżim opłacił się, parkujemy tuż przy placu i swobodnie może obserwować całe przedstawienie. Leningrad to miasto zbudowane i przemyślane do działać wojennych. Większość ulic przecina się pod kątem prostym i są bardzo szerokie po 3 pasy w jedną stronę, tak aby czołgi mogły swobodnie manewrować.Własnie na jednej z takich ulic ustawiamy się.

 Powoli zjeżdżają się wszystkie załogi i ustawiają się zgodnie z podziałem na  klasy. Przyznaje, że ilość pojazdów naprawdę robi wrażenie. Około 250 pojazdów w jednym miejscu przystosowanych do jazdy w terenie. Oczywiście klasa tr3 i proto budzi największe zainteresowanie i nie jest to bezzasadne bo te auta są robione zawsze z duża wyobraźnią. Firma Honduras buduje takie auta już jako mało seryjne tym samym dbają o wszystkie wykończenia, emblematy itd. - wygląda to bardzo profesjonalnie. Ale cena sięgająca 600 000zł, zobowiązuje.

Film z YouTube


Jest chwila wolnego więc robię zdjęcia co ciekawszych egzemplarzy ( dostępne w dziale foto).

Odpukać, ale zapowiada się piękna słoneczna pogoda. Organizatorzy dmuchają ostatnie baloniki i stawiają bramę wjazdową, rampa jest już gotowa. O godzinie 10 plac zapełnia się kibicami, a Juri (główny organizator) ogłasza rozpoczęcie osiemnastego rajdu Ładoga Trophy. Setki baloników zostaje wypuszczonych w niebo. Teraz po kolei każdy samochód, quad wjeżdża na  rampę, prowadzący mówią kilka słów o załodze i tak przez kolejne 3 godziny.  Niestety my musimy czekać do końca bo klasa Proto wyczytywana jest jako ostatnia. Adam z Arkiem dostojnie wjeżdżają na rampę i w owacjach spokojnie opuszczają plac. Aby nie było, życzliwi ludzie bili oklaski każdej załodze życząc powodzenia.  

W małych korkach opuszczamy St Petrsburg i jedziemy na pierwszy OS

Do pierwszego odcinka SS1 mamy 75km . Znając z poprzednich lat to miejsce wiemy że będzie bardzo ciężko. W ostatnim roku ten odcinek przejechała tylko jedna załoga i to też po czasie. Wtedy była wojna. Nasza amfibia miała momentami prędkość postępową 2km/h. Ciekawe jak będzie w tym roku ?

O 16 dojeżdżamy na OS. Zrzucamy maszyny i ruszamy w czeluść całym zespołem. Amfibią omijamy wszystkich i z akredytacją prasy wjeżdżamy na teren.   Najpierw krótka dojazdówka gdzie spotykamy zapalonych kibiców maszerujących w stronę bagien, krótka przecinka przez las i łąka. Zaczyna się, kilka quadów  próbuje się przemieszczać w tempie ślimaka. Dwa auta wbite na dębowo, a to dopiero pierwsze 300m, cały odcinek ma 24km.  Na pierwszym kilometrze weryfikuje się kilka załóg.

Po około 5 km ludzie często podejmują decyzję o rezygnacji bo ograniczony limit czasu do 12 godzin skraca się nieubłaganie. Jedziemy dalej wzdłuż trasy. Amfibia spokojnie wiezie 4 turystów z aparatami po pływającym dywanie. Przez cały czas spotykamy pojazdy, które podjęły złą decyzje. Wystarczy chwila nieuwagi, 2 metry nie na tą trawkę i idziesz pod dywan. Najbliższe drzewo jest kilka kilometrów dalej więc podstawowym wyposażeniem każdej załogi jest wielka aluminiowa kotwica. Bez tego można zapomnieć o przejechaniu tego odcinka. Odpowiedni osprzęt i znajomość roślin jest tu niebywale ważna. Mały słownik (jasna trawka – jedź, szczypiorek – bardzo powoli ale się nie zatrzymuj, listek okrągły – zło, kwiatek – możesz ogłosić pełne zanurzenie). W tych warunkach przejechanie chodź jednym kołem po złym podłożu może skończyć się wielogodzinnym wyciąganiem, albo koniecznością skorzystania z pomocy zaprzyjaźnionej załogi innej alternatywy niema.
Dojeżdżamy do połowy trasy doganiając zespoły które wystartowały kilka godzin wcześniej. Ci którzy tu są to faworyci z wieloletnim doświadczeniem. „Smoczyca” mistrz poprzedniego roku szedł jak zwykle doskonale, dokładnie analizując każdy fragment trasy. Potrafił zrobić kilka szerokich łuków byle by jechać po odpowiednim podłożu. „Aluminiak” na tym odcinku czuje się jak ryba w wodzie. 1300kg i bogger 38”. Co ciekawe dwa auta Hondurasa musiały mieć jakąś awarię bo stały jeszcze na dojazdówce. Tutaj nawet najlepszy sprzęt potrafi zepsuć się w najmniej odpowiednim momencie.

Nasza taksówka śmiało wjechała na odcinek po około 1,5km zaryzykowała, wykorzystując wątpliwy trawnika.

Niestety dość poważnie się zakopała. I tutaj nastąpił debiut w testowaniu nowo wyspawanej kotwicy. Michał robił projekt na podstawie zdjęć z poprzedniego roku gdzie była to nowość. Weryfikacja wypadła jedna negatywnie. Przy bardzo dużym obciążeniu lemiesz wygiął się. Obserwując później kotwice innych załóg widać, że oni mają już wersję poprawiona i lemiesz jest w wersji 3D. No cóż będzie trzeba zrobić aktualizację.
Wracajmy do zakopanego Adama. Po jakimś czasie inna załoga obok chłopaków również ugrzęzła. I  w takich sytuacjach giną wszelkie bariery językowe. Instynktownie każdy wie co ma robić najpierw oni przypinają się do taxi wypływając na powierzchnię, następnie stają jako punkt zaczepienia dla taryfy. Obaj są wolni. Jednak takie błędy kosztują bardzo dużo czasu którego tu nie ma. Przejechali 9km  i minęło 8 godzin czasu.

 Wtedy ich spotykamy wiedząc co jest dalej (masakra) podejmujemy decyzję o zjechaniu z odcinka. I tak nie było żadnych szans na skończenie go o czasie. Zauważyliśmy ślady ekipy fińskiej, która również zrezygnowała, po przetartym szlaku opuszczamy OS. 

Pakujemy się na lawetę, jest 12 w nocy. Przed sobą mamy 134km. Niestety droga jest makabryczna o 4 rano dojeżdżamy i natychmiast idziemy spać. O 11 kolejny start.

Comments