Dzień 7 - pokora


Dzisiejszą noc spędziliśmy w opuszczonej wsi na starcie kolejnego odcinka. Cały czas pogoda nam dopisuje i cały czas komary są naszymi nieodzownymi towarzyszami. Adam przygotowuje się do startu, niezbędne było pożyczenie od żaby przekaźnika tylniej wyciągarki ponieważ po ostatnim godzinnym pobycie w wodzie przestał rabotać.

Równo o 9.15 wystartowali na OS, niestety po tym fakcie zorientowaliśmy się,  że zapomnieli zabrać trap. Przed nimi 120km odcinek specjalny na który mają 22 godziny. Całość podzielona jest na dwa etapy 50km i 70km. 
Po około 4 godzinach zaczynają wracać pierwsze załogi . 

Oczywiście pierwsza przyjechała czerwona smoczyca, ale to co nas zaniepokoiło to stan w jakim była. Auta było całe pokryte gęstym błotem. Serwis używał łopat do pozbycia się nadwagi. Kolejne auto, które powróciło to Łotysze ze swoim aluminiowym potworem. Później nastąpiła długa przerwa, nikt nie wracał przez kolejne 3 godziny. Są, żółte Taxi zbliża się do mety z uszkodzonym kołem na niskim biegu. Adam można było poznać tylko po głosie bo twarz nie wiele mówiła. Okazało się, że felga całkowicie się pogieła i jechali tylko na staunie, a w skrzyni zostały im tylko dwa biegi. 

Czy to koniec Ładogi dla taxi? Czy podzieli los amfibii ?  Nie wiemy, skrzyni drugiej nie mamy. Jedziemy na start drugiej części OS i próbujemy się naprawić. Koło wymieniamy na stare zapasowe, niestety stalowe. Oczywiście nie obyło się bez przygód ponieważ użycie spreja i zapalniczki do pompowania koła skończyło się wybuchem razem z wentylem. Na szczęście mieliśmy dętki. Załoga Fińska użyczyła nam swojego kompresora bo nasz dual ARB kupiony  zjebał się jeszcze na lawecie. 

 Arek z Michałem badali temat skrzyni. I tym razem była to błahostka.  Błoto patyki kamienie stworzyły masę która ograniczyła ruch cięgna odpowiedzialnego za zmianę biegów. Wyczyszczenie rozwiązało problem. Cały odcinek składał się z zalanej drogi , która kryła w sobie  zalane pnie, kamienie i gigantyczne koleiny. Na trasie chłopaki mijali załogi z pogiętymi mostami od laplandera. Ilość awarii załóg była na tyle duża, że na kolejnym starcie widzieliśmy tylko 5 załóg z klasy Tr3 i Proto. 
Im prędzej chłopaki wystartowali na drugą część odcinak. My jedziemy na punkt serwisowy bo załog ma prawo dotankować się po 90km.


Jest 1 w nocy, wraz z innymi załogami czekamy na dojazd naszych asów. Oglądając inne auta serwisowe dostrzegamy, że  już dojechało czerwone zło i może w tym nie było by nic dziwnego, gdyby się nie  naprawiali, a takiego widoku jeszcze nie było. Kilka godzin później widzimy jak aluminiak wraca na  lawecie. Dwie czołowe załogi zostały pokonane przez nieprzyjazne teren Kareli. 

Jest 9 rano, naszych nie ma. Telefon satelitarny milczy żadnej wiadomości. Od kilku godzin  załoga powinna dotrzeć na punkt serwisowy. Ze wszystkich odcinków pod względem ewakuacji ten jest najgorszy ponieważ ciągnie się przez ponad 70km. Z Michałem postanawiamy poszukać zasięgu gsm, może  wysłali wiadomość na zwykły telefon. Kierujemy się w stronę mety. Już w głowach opracujemy jak uruchomić akcję ratowniczą. Będzie trzeba dotrzeć do organizatorów podać współrzędne pojazdu i po opłacie 1000 euro pojazd znajdzie się na drodze. Po 30 km znajdujemy zasięg. Telefon cichym piknięciem informuje nas o nadejściu wiadomości:

„Wracajcie, żółte zło spadło z gór”  - tak brzmiał depesza.  Ciśnienie nam podskoczyło. Komunikat nadszedł z rosyjskiego numeru co oznaczało, że z jakiegoś powodów nie wysłał jej Adam ze  swojego numeru. Zawracamy i snujemy przypuszczenia. Najprawdopodobniej chłopaki spadli w pierwszej części odcinka i poszli na start. Na pieszo musieliby przejść około 20km co zajęło może 6 godzin. Jednak do startu my mieliśmy kolejne 5 godzin. Szybko zawracamy i jedziemy w kierunku czarka i socho, którzy zostali na punkcie serwisowym. 
Kiedy do nich dojeżdżamy widzimy chłopaków stojących przy taryfie. 

Okazało się, że numer z którego przyszedł sms to telefon rosyjski  Socho. Widząc żółciaka na twardej nawierzchni wiemy tylko, że nie będzie potrzebna ewakuacja i nasze wizy, które kończą się za dwa dni są bezpieczna.  Adam zaczyna opowiadać co się działo: 

Niszczycielska zalana droga pełna obciętych drzew zatopiony w gęstej mazi ciągnęła się w nieskończoność. Przemieszczanie się z prędkością 5km  na godzinę co chwilę kończyło się nagłym zatrzymaniem dzięki uderzeniom w podwodne przeszkody. Kilkukrotnie trzeba było używać wyciągarki  jako trawers bo auto przewracało się w koleinach. O godzinie 3 zbliżaliśmy się do punktu serwisowego gdy nagle usłyszeliśmy klekot z silnika, oznacza to tylko jedno, brak oleju. Unieruchomiony tu pojazd to naprawdę bolsza problem. Idę na pieszo w kierunku odgłosu innego pojazdu. Po 20 minutach marszu w gnoju  głos zaczął cichnąć  a moja nadzieja na pomoc malała, przez cały czas mam brak zasięgu aby wezwać pomoc. Usłyszałem inny hałas więc znowu skierowałem się  w jego stronę.
 Ponowne rozczarowanie. Idę na południe tam jest serwis, patykami oznaczam sobie  ścieżkę abym wiedział jak wrócić. Spotykam załogę z innej klasy, która dowozi mnie do ich punktu serwisowego i mety. Rosjanie napoili mnie, dali strawę, fajki i oczywiście niezbędny olej. Wracam tą samą drogą tym razem już na pieszo. Po 4 godzinach marszu docieram do Taxi w którego środku leży  coś pokrytego szmatami wydające dźwięki. To był Arek, który za wszelką cenę chciał zostać wyjęty na otwartą przestrzeń przez znanych nam towarzyszy podróży. Chmura komarów wisiała nad nim i przeprowadzała bezustanny atak. Im prędzej wlewamy olej i uciekamy z tego koszmaru. O 10 dojeżdżamy do punktu serwisowego -  ulga.

To już koniec, dla nas Ładogi Trophy. Tym razem legenda pokonała nas jak wielu innych, cieszymy się tylko, że pod sam koniec. Za godzinę rusza ostatni odcinek specjalny, na wyniszczenie. Coroczna walka organizatora z uczestnikami trwa. Załogi się zbroją, a Jurii (oragnizator)  podnosi porzeczkę. Gdzie są granicę i czy istnieją nie wiadomo. Wiemy tylko, że ten rok był najtrudniejszym wydaniem wyścigu zbrojeń.         
Nie mamy żadnych wieści od ekip żaby, oni walczyli o przetrwanie na pierwszych 50km, również nie wiemy nic o ekipie defendera. Za kilka godzin będziemy na bazie to może coś się dowiemy.

Właśnie otrzymaliśmy sms 
"Czesc jak wam idzie ? My zbliżymy się do polski, auta już ledwo jedzie stan rozkładu 
Pozdro dla wszystkich tomek"
Znaczy żyją, ale brawo za odwagę na kołach pojechali i wystartowali w klasie TR1 gdzie naprawdę jest ciężko.

Na bazie dowiedzieliśmy się tyle, że jeszcze nikt nie wrócił z odcinka, a już zaczął się kolejny.

 
Tym samym żegnamy się z organizatorami, i obieramy kierunek Polska. 
Adam z Arkiem śpią na tylnych siedzeniach, więc ostatnie piękne krajobrazy pozostały tylko dla nas.
Wrócimy tu za rok i po raz kolejny zmierzymy się z nieokiełznaną przyrodą, która uczy pokory nawet najbardziej zatwardziałych offroaderów.

Wojtek


Relacjonował dla Was
Wojtek Antoniuk i Michał Bomba

8 rano 2.06.2013 - My już w kraju granica przez Estonię przekroczona w 20 minut. 
10 rano 4.06.2013 - Żaba jest już na granicy ale przygody jakie miał w ostatnich 4 dniach są godne uwagi, opisał je na swoim profilu https://www.facebook.com/PermanentHappening


Comments