Dzień 5 - komar



Tego dnia musieliśmy ruszyć w 80km podróż na odcinek, więc wieczorem umówiliśmy się z chłopakami Soczi, że jedziemy razem. Przy okazji pożyczyliśmy od nich nawigację, ponieważ nasza ma spore problemy z zasięgiem i nie możemy dojść w czym jest problem, zapewne sama nawigacja się uszkodziła. Po niecałych dwóch godzinach dojechaliśmy na start gdzie z Wojtkiem zostaliśmy ponieważ mieliśmy zasięg GSM więc spokojnie mogliśmy uzupełnić relację o zdjęcia. W tym dniu startowaliśmy jako 5 ekipa natomiast Żaba miał 4 numer. Ponieważ był to nowy odcinek nikt nie wiedział czego się spodziewać.W pewnym momencie na trasie utworzył się mały korek ponieważ ekipa z Rosji zakopała się w lesie, jednocześnie Żaba próbował ją wyprzedzić (niestety zawiesił się na drzewie które okazało się zbyt grube do złamania), na to wszystko nadjechała nasza taksówka. W chwili kiedy  Adam z Arkiem próbowali ominąć ich wszystkich bokiem w spektakularny sposób wymontowali Żabie przednią lampę wraz z kierunkami oraz „lekko” wgnietli błotnik, Arek tylko krzyknął spie***** na pewno nie widzieli numerów J  i tak szybko się oddalili. Reszta odcinka składała się z wjazdu do jeziora, pokonania kilku kanałów i podmokłych łąk  

 Michał



Z Michałem czekamy w miasteczku w samochodzie patrząc w kierunku drogi z której wracają zawodnicy z odcinku specjalnego. Z letargu budzi nas charakterystyczny warkot V8 zamontowanej w TAXI. Jest Adam, zadowolony ponieważ znowu udało się zmieścić w czasie i zebrać wszystkie toćki (punkty GPS)

Po chwili rozmowy okazuje się, że w ferworze walki zgubili 2 trapy i chipa niezbędnego do rejestrowania czasu odcinka. Zapada decyzja aby wysłać misje ratunkową i odzyskać zgubę. Jeep rusza z amfibią na plecach. Po dotarciu do mety  Arek, Czarek i ja ruszamy amfibią w łagry. Za sterami jest Arek, który dzielnie przebija się przez mokradła i i rowy. Przez cały cza

s jedziemy po śladzie GPsu, oddaliliśmy się już około 3 km od twardego gruntu. Kiedy Arek dochodzi do wniosku, że to jest tu zatrzymuje gąsienice i właśnie wtedy usłyszeliśmy głos którego nikt nie chciał słyszeć. Z środka silnika głuchy trzask poinformował nas, że amfibia straciła napęd. Po otwarciu osłony wyjęliśmy porwany pasek napędowy.

Historia się powtarza tak jak dwa lata temu pod koniec ładogi straciliśmy koło również zostaliśmy w środku bagien. Po chwili wszystkie komary w okolicy wiedziały, że będzie uczta. Chłopaki poszli szukać trap a ja im prędzej wziąłem się za rozpalanie ogniska z dużą liczbą dymu. Na szczęście piła spalinowa przyśpieszyła proces zbierania drewna. Po 15 minutach płonęło już metrowe ognisko. I tym razem zasięg Gsm był zerowy, ale nasz niezawodny telefon satelitarny połączył się z taxówką z łomianek. Głos Michała był jak zbawienie, zamówiłem taryfę na bagna. Po około dwóch godzinach walki z latającymi lokalnymi mieszkańcami dojechała pomoc. Po przymocowaniu czołgu do taryfy rozpoczęła się długa droga powrotna. Kto był w rosji na bagnach wie jak makabrycznie gryzą de latające mendy, wlatują dosłownie wszędzie i to całymi eskadrami człowiek nie ma żadnych szans się przednimi obronić. Adam twardo jechał wzdłuż lasu, taranując wszystko co stanęło mu na drodze, a bardziej zatwardziałych weryfikowano piłą spalinową.


Ewakuacja zakończyła się o 2 w nocy. Cali pogryzieni zmęczenii


To jeden z najpiękniejszych noclegów na tym rajdzie położony na
 zalesionej wydmie. Niestety dojazd jest przez piachy i nasz zestaw sprinter z lawetą miał poważne kłopoty. Dopiero użycie wyciągarki z Taxi pomogło wyjąć go z piaskownicy. Ten sam los spotkał jeepa, który miał wyjąć lawetę . ruszyliśmy do kolejnego obozu nad jeziorem Ładoga.

Około 4 rano, (w sumie tu zawsze jest rano)  zjadłem kolacjo-śniadanie i poszedłem spać.

  Wojtek

 

Comments