BALKAN_OFFROAD_2015

Droga:

Środa godzina 17 wreszcie udało nam się spakować wszystkie graty.  Bowler na przyczepie, Sprinter standardowo robi za holownik. Na ten wyjazd dodatkowo zabraliśmy enduro Arka, dwa rowery i spalinową hulajnogę. Brakuje nam tylko pontonu :). Jako nasz domek jedzie kamper w którym spakowaliśmy resztę gratów. 1650 km przed nami. Cel Sofia. 



Jedziemy przez węgry do miejscowości Segedyn. Właśnie doczytaliśmy, że trwają tam zamieszki w związku z imigranto – uchodźcami, którzy forsują granicę. Ze względu na brak niezbędnych dokumentów i sytuację na granicy, będziemy jechać przez Rumunię przez miejscowości Arad i Severin. Atmosfera jest typowo przed rajdowa, czyli pełna optymizmu i dobrego humoru. 
Póki co cała droga bez większych przygód więc się nie rozpisuje. Pozostało 300km do celu. Jeszcze małe zakupy w markecie ostatnie testy wyczynowego sprzętu i jedziemy dalej.






Wjechaliśmy do Bułgarii na przejściu w Widińu. Od teraz zaczyna się super droga oznaczona przez organizatora jako First Class. Niestety to oznaczenie można porównać z trzycyfrową drogą w Polsce po górach. Próbując leżeć w kamperze co chwile człowiek wali o sufit.Ta droga nie chcę się skończyć.

W okolicy Sofii zatrzymał nas patrol za brak winiety. Jakby chłopaki mieli koszulkę to by się wykupili. W innym przypadku skończyło się na 20 euro. O drugiej w nocy dotarliśmy na camp. Jeden drink i wszyscy poszli spać. Temperatura w nocy powyżej 10 stopni.

Poranek rozpoczął Arek. Zanim wszyscy dobrze się obudzili on już wyciągną mnie na rower. Zrobiliśmy  małą wycieczkę 60km do jeziora Iskar. Po drodze mała przekąska, serwis opon i jazda wzdłuż rzeki.


 Okoliczni rybacy opowiadali, że rybku tutaj malieńkie i morskie. 



Po  szybkiej kąpieli w naprawdę ciepłym jeziorze wybraliśmy się w drogę powrotną.






 Niestety tym razem cały czas pod górę średnio 5km/h. Po dojechaniu do miejscowości Samokov zabraliśmy mapy okolicy i wróciliśmy do bazy. Jak wiadomo w tym regionie są najwyższe szczyty około 2900m Musała. Za kilka dni będziemy chcieli się wybrać się na szczyt.

Po  powrocie do bazy szybka rejestracja, naklejki odprawa, ostatnie szlify kasku i gotowi.





















Wieczorem pewno jakaś mała konsumpcja i o 7 rano do Sofii

  Start został zaplanowany w bardzo prestiżowym miejscu w samym centrum Sofii przy soborze św. Aleksandra Newskiego i parlamencie. Miejsce nie było przypadkowe. Alex główny organizator zadbał o pozytywny wizerunek rajdu promującego samą Bułgarię oraz sport. Organizacja godna pochwały. Każde auto miało wyznaczone miejsce zarówno rajdowe jak i serwisowe. Władze również były zaangażowane w całe przedsięwzięcie. Sama Pani prezydent przywitała wszystkich zawodników i życzyła im bezpiecznej i sportowej rywalizacji. Organizacja zbliżona do startów jakie widzieliśmy zawsze na ładodze. Tam była rampa, tutaj niebieski dywan, tam baloniki, tutaj dym.  Wielu kibiców przybyło na plac ciekawych przybyszów i ich zabawek.

Cała ceremonia poszła w miarę sprawnie, ale i tak ze względu na trzydziestostopniowy upał dała się we znaki. Koło południa wszyscy zawodnicy oficjalne wyjechali na swój pierwszy odcinek.




















Na odprawie dowiedzieliśmy się, że Osy będą głównie po ścieżkach w górach. Dzięki czemu charakterystyka wyścigu w stosunku do jadów płaski diametralnie się zmienia. Ja powiedzieli tak było.

Na południe od stolicy czekał siedemdziesięcio kilometrowy odcinek wijący się wzdłuż okolicznych wzniesień. Wąskie kamieniste odcinki wymagały przede wszystkim od zawodników skupienia i rozwagi. Błąd mógł kosztować wypadnięcie z trasy i zsunięcie się ze zbocza. Klasa Cross Country miała tylko dwa strumyki do przejechania, natomiast klasa extrem około trzystu metrową sekcję po kamieniach wzdłuż strumienia. Woda była na tyle czysta że zamieszkiwały ją raki. Większość zawodników w tej klasie w sposób czysto siłowy starała się pokonać odcinek co kończyło się standardowo awariami.













Na pierwszy dzień wystarczy, to taka rozgrzewka która ma wprowadzić zawodników w rytm i ustalić stawkę. Adam z Michałem z dwudziestej lokaty z jakiej startowali skończyli na dziewiątej pozycji. Zibi z Francem przesunęli się o osiem oczek.  Bez awarii spokojnie z uśmiechem na twarzy wszyscy wrócili na camp. W ramach rozrywki z Arkiem wyskoczyliśmy na małą wycieczkę enduro   po okolicy.

Jutro idziemy na szczyt. 

7 rano pobudka. Spod chmur wynurza się masyw Riła

którego wierzchołek sięga 2925m . Musała - taką właśnie nazwę nadano najwyższemu szczytowi wschodniej Europy tym samym całego półwyspu Bałkańskiego. Do punktu docelowego od strony północne prowadzą dwa szlaki. Jeden to typowa turystyczny spacerniak dla mas. Druga już znacznie bardziej atrakcyjna prowadzi po samej grani przyległych  wzniesień.  W zespole dwie osoby debiutują w ramach trakingów górskich, dlatego robimy dużą  rezerwę czasową. Do wysokości 2369m dojeżdżamy typową  kolejką. Oczywiście ten dystans można zrobić na pieszo, ale wymaga to dodatkowych 4 godzin i zgodnie z uwagami tubylców trasa jest po prostu nudna. Dodatkowym problemem jest jak to w górach zawsze jest pogoda. Zgodnie z prognozą czas mieliśmy do 16, później miało nastąpić szybkie załamanie.

9.30 byliśmy na górnej stacji kolejki gdzie szybkim krokiem skierowaliśmy się na zachodni szlak. Pogoda była wręcz wyśmienita. Tempo marszu typowo turystyczne. Szlak od pierwszych metrów kieruje nas na kopczyki znajdujące się na czubkach wzniesień. Po nie całym kilometrze różnica poziomów w stosunku do głównego szlaku sięgała ponad 200m.

Suche granitowe skały i  wielkie kamienie narzutowe były wręcz idealnym podłożem. Spokojnie pięliśmy się w górę zachwyceni otaczającą nas panoramą. Małe jeziorka górskie i pozostałe pokrywy śniegu dodawały swojego uroku. Ten szlak mimo niedzieli i pięknej pogody można było powiedzieć, że był pusty. Spotkaliśmy tu kilku turystów. Z góry widzieliśmy całe  pielgrzymki, które wędrowały poniżej tzw. spacerniakiem.  W tych warunkach trasa była dość prosta, jedyny moment przełomowy to mały trawers wokół jednego szczytu który był na dość duże ekspozycji.

Po trzech godzinach marszu dotarliśmy na szczyt. Po 30 minutach w ramach których zdążyliśmy wypić piwko przywitała nas ciemna chmura przykrywając wierzchołki. Razem z tłumem skierowaliśmy się w drogę powrotną. Temperatura oczywiście znacznie się obniżyła. Jeszcze tylko przy  lodowym jeziorze skosztowaliśmy zupy z soczewicy to taki lokalny przysmak. Jak tylko zjechaliśmy kolejką w dół skierowaliśmy się na tutejsze Krupówki gdzie zostaliśmy zaproszeni do pobliskiej knajpy. Na rożnie baranina, na talerzach kalmary, małże lokalne pieczywo oliwa i dużo wino. W taki warunkach odwiedziła nas oczekiwana ulewa. Ale my tylko pod parasolem wznieśliśmy toast za zdobycie szczytu.



















Po powrocie do obozu spotkaliśmy zadowolonego Adama i
Michała którzy również mieli udany dzień. W zespole jednak wdarł się niepokój. Chłopaki przypuszczają, że uszkodził się przedni most. Jeżeli ta informacja się potwierdzi wracamy do domu. Napięcie rośnie, Maciek z Leszkiem próbują zdiagnozować co się dzieje. Dopiero późnym wieczorem okazało się że jedynym winnym była odkręcona śruba od zacisku hamulcowego. Jedziemy dalej. 20 minut kary za jeden z odcinków zrzucił naszych na 22 miejsce. Rajd jest bardzo szybki różnice w czasach są dosłownie w sekundach.


Kolejny dzień. Zwijamy cały obóz. Bouler ma odcinek specjalny ponad 300 km. My kamperem i sprinterem też musimy przejechać około 240 km. Celem jest miejscowość Starosjel w środkowej części bułgari u podnóża pasma gór Stara Płanina.  Camp  znajduje się obok hotelu na terenie którego są winnice. Urokliwe altany, których dach pokrywają winogrona są bardzo urokliwe. W oczekiwaniu na naszą załogę wybieramy się na rowerach zbadać okolicę. 
Najpierw pojechaliśmy nad jedno górskie jeziorko, które okazało się łowiskiem, następnie zwiedziliśmy pobliski zalew, który również okazał się łowiskiem tym razem na karpia. Po drodze mijaliśmy opustoszałe sady jabłek, oliwek i orzechów, które oczywiście skosztowaliśmy. Kiedy chcieliśmy objechać jezioro zaatakowała nas wataha psów które za wszelką cenę chciały odgryźć Arka nogę, a mnie zapędziły w kozi róg. Na szczęście lokalni wędkarze jakimiś okrzykami przepędzili złe moce J, wróciliśmy .  Jeszcze tylko przejażdżka enduro w celach zapoznawczych przed nami. Prawie po 8 godzinach rajdówka wróciła z OSu.  To był tzw. mały maraton. Atmosfera coraz lepsza. Alkohol, muzyka śpiew.


Wtorek trasa 170km. Jedziemy na start w celu zrobienia małej

sesji foto. Kibice oczekują spektakularnego startu i wirażu obserwując całość z pobliskiego wzniesienia. Niestety Godzinę od startu jeden motocyklista wypadł z trasy tracą przytomność. Ekipia RescuTeam

Startowała z pomocą. Po 7 min byli u poszkodowanego. Na szczęście poza urazem kręgosłupa na odcinku szyjnym  nic więcej się nie stało. Rajd został wznowiony. Chłopaki wystartowali.

Słoneczna pogoda towarzyszyła zawodnikom podczas szybkiego odcinka. Dzień zakończony bez strat i chłopaki utrzymują się w pierwszej dziesiątce.

Połowa rajdu za na mi - takie słowa padły na odprawie. Gremialnie  podziękowano jednemu z zawodników, który poprzedniego dnia zatrzymał się podczas wyścigu kiedy zobaczył wypadek motocyklisty. Udzielił mu pomocy i wezwał ekipę ratunkową. Taka dojrzała postawa pokazuje, że Ci ludzie nie myślą w kategoriach wygrana za wszelką cenę co niestety często się zdarza.

Środowy odcinek dla klasy CrossCountry będzie  odbywał się po łaskim


 terenie do około jeziora przy którym pogoniły nas psy kiedy byliśmy na wycieczce rowerowej z Arkiem. Szybka trasa między sadami. Nic spektakularnego raczej się tam nie wydarzy dlatego cała uwaga fotoreporterów skupia się na Extremie. Oni będą pokonywać duże wąwozy w wyższych partiach gór. Ze względu, że dojazd jest w dużej mierze po drogach kamienistych, wsiadam na enduro i jadę do
wąwozów. Niestety trochę się pogubiłem w wyniku braku dokładnych koordynatów , ale dzięki temu zwiedziłem kawał okolicy. Po dwóch godzinach dotarłem do nieszczęsnych wąwozów. Jeszcze przed przyjazdem zawodników zwiedziliśmy kolejny porzucony hotel. Takich skansenów jest tu naprawdę wiele i widać że zostały opuszczone dość niedawno. Ten był o tyle ciekawy że na bocznym murze była zrobiona mozajka kamienna  przedstawiająca symbol ZSRR.

Ryk silników wydobywający się z wąwozu przerwał naszą wycieczkę. Zawodnicy nie tracili czasu szybko i sprawnie na trakcji lub asekurując się linami zjeżdżali w dół około trzydziestometrowego wąwozu. Sprawnie przepinają się w górę opuszczali wąwóz. Zbyt długie rozmyślanie Zibiego spowodowało że stanęli za autem które zablokowało im wyjazd. To kosztowało ich kilka minut straty.


Po przejeździe całej klasy zmieniamy punkt. Ekipa ratownicza zna inną lokalizację. Niestety znów się pogubiliśmy i rozdzieliliśmy. Ja pojechałem śladami samochodów. Szlak prowadził po samych szczytach wszechobecnych połonin. Przypomniały mi się czasy jeżdżenia po

ukraińskich Karpatach gdzie widok był bardzo podobny. Zaczyna być dość późno a telefon jest prawie rozładowany. Próbuje wydostać się z gór, ale do asfaltu jest około 15km,  a druk, drużek, drużeczek są setki. Po kolejnym ślepym zaułku zaczyna być niepokojąco. Te góry są po prostu wszędzie, jazda na azymut nic nie daje ponieważ kończy się albo granią, albo  ławeczką. Co chwile na drodze trzeba przepychać się z krowami, które niechętnie  ustępują miejsca. Trochę wymiękłem jak byk odciął mi drogę chroniąc  za sobą cielaki. Spojrzeliśmy sobie w oczy, ale raczej się nade mną zlitował torując drogę niż wystraszył silniczka 450cm2.  Nie obyło się bez lisa, świń i sarny na drodze. Po trzech godzinach dotarłem do asfaltu. Generalnie miałem dość, rajd też się już skończył więc wszyscy zainteresowani wzileiśmy wino i poszliśmy na basen. Zibi mimo błędu lokuje w ścisłej czołówce. Adam jedzie równym tempem jest na 8 lokacie.

Czwartek – Maraton. Zawodnicy mają do pokonania prawie 500km

gdzie ponad połowa to odcinki specjalne. Prestart rozpoczyna się o 6,30. I o tej godzinie już dawno wszyscy jesteśmy na nogach. Pakujemy obóz i ruszamy równolegle. Auta po przejechaniu dwóch odcinków mają prawo do serwisu. I faktyczni serwis się przydał. Adamowi pękła tylna półoś, a bez nie nic by nie zrobił. Maciek z Leszkiem pokazują kunszt prawdziwego pitstopu. Jak na kreskówce autka Luigi zmieniał koła McQueen'owi, tak tutaj zmiana przez Maćka półosi w trybie odrzutowym spowodowała opadniecie kopary obserwującym sytuację Holendrom. Po 15 minutach wymienione koła, pół oś i Adam z Michałem dalej w drogę.
My uciekamy już na ostatni kamp będący nad samym  czarnym morzem na północ od słynnych złotych piasków.  Niestety droga się dłuży, ale w końcu docieramy. To już kolejny dzień, razem 7 obcych osób w ciągłym trybie kompromisu musi kiedyś dać o sobie, to tzw. przesilenie. Tym razem padło na mnie i Maćka, ale jako, że wiemy po co tu przejechaliśmy zakopujemy szybko topór wojenny i dalej współpracujemy. To bardzo ważne w team'ach, aby wiedzieć co jest priorytetem. Kłótnie i awantury są nie nieuniknione, zawsze komuś puszczą nerwy, ale nie wolne eskalować napięć.
Czasami nawet lepiej przejść do rozwiązań siłowych, ale trzeba wyjaśnić sprawę szybko i wrócić do rzeczywistości.

Wracają chłopaki. Auto jest całe zaklejone błotem. Było grubo. Kiedy jechaliśmy nastąpiło oberwanie chmury i porośnięte łąki po których prowadziła trasa zmieniły się w mokradła. Serwis do późnej nocy starał się doprowadzić samochód do ładu, ale humor im dopisuje. Zmęczeni podróżą i morderczym odcinkiem  idziemy spać.

Kilka załóg zostało z holowanych nad ranem. Start na kolejny dzień ciągle był odraczany smsami wysyłanymi przez organizatorów. To był jeden z trudniejszych OeSów. Franc z Zibim ciągle mają 4 lokatę mimo faktu, że kończyli odcinek bez przedniej szyby, a to duże utrudnienie. Teraz brakuje im 15 minut do poprzedzającej załogi aby być na pudle. Ale rajd trwa, jeszcze wszystko może się zmienić. Jeden błąd jedna taryfa i wypadasz z gry. Adama ósma lokata, to bardzo wysoka pozycja szczególnie, że przyjeżdżają tu załogi dakarowe traktując rajd  jako dobry trening.

Dzisiaj dalsza część mokradeł. My spędzamy mile czas w stylu plażing, łomżing.

Idealne warunki na kitesurfing, PPG, ale niestety nic nie mamy a wypożyczalnie zamknięte. Nam tak mija dzień, kiedy nagle
Dorota dostaje telefon od Michała. Komunikat jest  jasny – przyjedźcie po nas padło sprzęgło. Kiedy byliśmy już gotowi do wyjazdu okazało się, że inna ekipa serwisowa już zaczęła ich holować do bazy. W podziękowaniach wręczyliśmy im Gorzką Żołądkową – miętową jako napój ojczysty J. Trwa dyskusja czy wracamy do domu czy się naprawiamy. Ostatecznie zapada decyzja – wymieniamy sprzęgło. Maciek, Leszek, i Arek tyrają do rana aby dokonać tej karkołomnej w tych warunkach reanimacji. Ale jest sukces. Rano samochód gotowy jest do ostatniego odcinka. Lokata po wczorajszej taryfie nie ma już znaczenia. Teraz kwestia jest ukończenia całego rajdu. 

Pokazowy dwu kilometrowy odcinek po plaży w dobrym oświetleniu jest wręcz wymarzony dla prasy. Razem dwojgiem 


przesympatycznych fotografów zajmujemy lokatę na winklu. W ramach czekania schładzamy się falami czarnego morza. Po niestety dość długim czasie nadjeżdżając pierwsi zawodnicy. Dla nich jest to jak wisienka na torcie. Plaża, słońce, dopingujący kibice,  blask flashy i upragniona brama z napisem FINISH.


Od tak nasza przygoda się kończy. Wszyscy szczęśliwie pakujemy się i wracamy do domu. W drodze powrotnej zwiedzimy jeszcze Rumunię i słynną trasę TRansfogaraska.

 

Podsumowanie rajdu:

Organizacja – Z punktu widzenia logistycznego 5/5. Tutaj wszystko jest pozapinane na ostatni guzik.

Jedzenie – wprost doskonałe. Wyżywienie podawane w hotelach w postaci szwedzkiego stołu. Z hotelu na hotel coraz leprze. W ostatnim resorcie Long Beach, było dosłownie wszystko jak na dostojnym bankiecie. Tiramisu, roladki, ciasta, owoce, dziesiątki potraw i przystawek.

Tereny – Gór i krajobrazów Bułgarii nie doceniałem. Na miejscu okazało się, że nasze pasma górskie mogą naprawdę stać w cieniu. Dodatkowa możliwość przemierzenia się dowolnym środkiem transportu otwiera nowe możliwości nie realne do spełnienia w ojczyźnie. Innymi słowy po prostu pięknie.

Roadbooki – zgodnie z opiniami zawodników jak i w klasie extrem i crosscountry roadbook jest napisane bezbłędnie i aż nadto czytelnie.

A więc czy warto tu przyjechać ? W przeciwieństwie do edycji  Polskiej (Drezno-Wrocław) tutaj powiem stanowcze TAK

 

 

Comments